Brak organizacji logistycznej w MPK, wypadające kursy, brak kierowców, niskie pensje…

W miniony piątek Janusz Brzuszkiewicz, wiceprzewodniczący Komisji gospodarki miejskiej i ochrony środowiska na neutralnym gruncie zorganizował spotkanie z kierowcami Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Gnieźnie w związku z ostatnimi doniesieniami, że w spółce miejskiej dzieje się źle. Wiceprzewodniczący zasugerował, że na tym spotkaniu powinien być także obecny prezes Piotr Stasiak i to prezes powinien prosić, żeby wziąć udział w tym spotkaniu, bo jest to przede wszystkim w jego interesie.
Jeden z kierowców przypomniał, że nowy prezes, który zarządza spółką od lipca 2015 roku od samego początku był negatywnie nastawiony do kierowców, a odczuli to już na pierwszym zebraniu z nim, kiedy odnosił się do nich arogancko. Przesłanie z piątkowego spotkania ma być według wiceprzewodniczącego jedno, że nam wszystkim zależy na tym, aby MPK dobrze prosperowało i służyło jak najlepiej mieszkańcom.Nie zanosi się na to; kierowcy poinformowali, że prezes P. Stasiak na spotkaniu z nimi kilka dni temu stwierdził, że nie mają co liczyć na podwyżki, ponieważ spółka jest na minusie. Wiceprezes W. Gulczyński natomiast w rozmowie telefonicznej z wiceprzewodniczącym J. Brzuszkiewiczem miał powiedzieć, że nie jest na minusie, ale ma stratę. – Strata to minus, minus to strata. Nie ma innej możliwości. Jeżeli chodzi o spółkę miejską to mieszkańcy muszą się zrzucić, żeby dokapitalizować spółkę – tłumaczył J. Brzuszkiewicz. Prezes na zebraniu z pracownikami miał powiedzieć, że podwyżka jest uwarunkowana od miasta, czyli od prezydenta i że do 10 listopada się dowiedzą, jak to będzie wyglądało. Pracownicy poinformowali, że w kwietniu prezes obiecał im, że do września wyrówna wszystkim kierowcom pensję, że wszyscy będą mieli równo i że tylko będą się różnić dodatkiem motywacyjnym ze względu na staż pracy, ale słowa nie dotrzymał i pensje nie zostały wyrównane. Kierowcy zarabiają 2 tys. 750 zł brutto miesięcznie (jednak nie wszyscy, niektórzy mają niższą pensję zasadniczą). – My chcemy, żeby nasza praca została doceniona, bo nikt nie rzuci pracy jak będzie miał za co godnie żyć – zaznaczył jeden z kierowców. Kierowcy mają także problem z uzyskaniem premii 5%. Zaczynają każdy miesiąc z premią 5 procent. Jeden z kierowców przekazał, że zachorował (poszedł na chorobowe akurat w miesiącach letnich lipiec, sierpień), ale kiedy we wrześniu wrócił do pracy i jeździł przez cały miesiąc nie dostał premii. Według zasady prezesa. każdy miesiąc rozpoczynają z 5 procentami premii, a czy ją „dowiozą” czy nie ,zależy od nich. Jednak we wrześniu premii nie dostał, a kiedy zapytał dlaczego to otrzymał odpowiedź, że był na chorobowym w okresie letnim i to go zdyskwalifikowało. Już nawet 1-2 dni chorobowego uniemożliwia pracownikom otrzymanie premię. Najwyższa stawka premii wynosi 15 procent. Kiedy na którymś z zebrań zapytali prezesa co trzeba zrobić, żeby dostać 15 procent premii, ten miał odpowiedzieć, że trzeba szorować autobusy. Inny kierowca powiedział, że prezes od samego początku był negatywnie nastawiony do kierowców, a odczuli to już na pierwszym zebraniu z nim, kiedy odnosił się do nich arogancko. W minionych dwóch, trzech miesiącach zwolniło się 10 kierowców, w tym w zeszłym tygodniu dwóch i jest to głównie spowodowane niskimi zarobkami i stresem. Kierowcy stwierdzili, że w spółce pracuje około 120 pracowników, w tym około 80 kierowców.Jeden z kierowców obecny na spotkaniu opowiedział sytuację z zeszłego tygodnia m.in. o kursie, który wypadł. Przekazał, że w tym dniu jeździł linią numer 9 do ul. Gdańskiej. W pierwszym kursie dojechał z opóźnieniem 5 minut, a w drugim 15 minut. Poinformował dyspozytora, że ma 20 minut opóźnienia. Dyspozytor miał mu odpowiedzieć sarkastycznie, że tylko 20 minut? – Powiedziałem dyspozytorowi, że to jest 20 minut, ale po 4,5 godzinach jazdy robię sobie pół godziny przerwy i jakiś kurs wypadnie. Odpowiedział, że dobrze. Ruszyłem z pętli na ul. Witkowskiej za mną przyjechał kolejny autobus. Wsiadła pasażerka i powiedziała, że czeka na przystanku już 20 minut i nie przyjechał żaden autobus, a teraz 2 podjechały. Jechałem na ul. Gdańską, a kolega na ul. Lednicką, czyli praktycznie w tym samym kierunku. Jakby dyspozytor pomyślał, to by powiedział, żebym ja zjechał na przerwę, a ten drugi kierowca wpisałby ul. Gdańską przez ul. Lednicką. A tak jechaliśmy w dwóch, jeden za drugim przez całe miasto i rozstaliśmy się na ul. Lednickiej. (…) Kierowcy nie mają przerw, a jeżeli zrobią sobie przerwę, bo uważają, że zachodzi taka potrzeba to wypadają kursy. Zdają sobie sprawę z tego, że na przystankach czekają pasażerowie. Mówią, że chcą wykonywać swoją pracę sumiennie, według obowiązującego rozkładu jazdy. Ale jak się okazuje jest mniej kierowców, a wprowadzenie nowego rozkładu jazdy, w którym częstotliwość kursów się zwiększyła nie jest do zrealizowania. Prezes zapewniał ich, że po wprowadzeniu nowego rozkładu jazdy zatrudni więcej kierowców, ale tego nie zrobił. Dlatego po pierwsze oni nie są w stanie niektórych tras przejechać w 20 minut, po drugie nie mają czasu na przysługujące im przerwy, a po trzecie to na nich bezpośrednio odbijają się pretensje pasażerów, kiedy kurs wypadnie, albo kiedy się spóźniają. Ale oczywiście przyznają rację pasażerom, bo to oni kupując bilet powinni mieć dobrze wykonaną usługę. Analizując trudną sytuację jedna z osób zauważyła, że jeżeli przygotowano nowy rozkład jazdy, w którym jest o 20 procent więcej kursów to powinno być większe zabezpieczenie w tabor i kierowców, a tego nie uczyniono. Ale jeżeli jest większa ilość kursów to jest większa ilość „wozokilometrów” wykazana do miasta i większa dotacja, częściowo za kursy, które się nie odbyły i to należałoby sprawdzić. Na koniec wątku tej dyskusji o wypadających kurach niektórych linii autobusowych wiceprzewodniczący komisji poinformował, że zadzwonił do pracownika Urzędu Miejskiego 31 października, który jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy z pytaniem, czy wie o tym, że jest zmiana organizacji rozkładu jazdy w tym dniu? Zdziwiony urzędnik odpowiedział, że nic nie wie na ten temat. Powiedział, że sprawdzi czy jest informacja w Internecie, ale się okazało, że nie było takiej informacji podanej przez MPK w Internecie. – Urzędnicy dowiedzieli się ode mnie, że autobusy nie jeżdżą. To jest przerażające, to jest takie typowe Alternatywy 4. To co było 31 października to jest arogancja, bo w tym momencie okazuje się, że ani prezydent, ani jego służby nie muszą wiedzieć tego co robi MPK. Zasada jest taka, że autobusy mają jeździć, a czy wożą czy nie wożą to nie ważne, byle tylko pokazywały się na mieście – mówił wiceprzewodniczący J. Brzuskiewicz. Wiceprzewodniczący komisji dodał, że w momencie wprowadzania nowego rozkładu jazdy było zapewnienie ze strony prezesa, że będzie on monitorowany, sprawdzany po pół roku funkcjonowania, ale nic takiego się nie stało, a minęły już dwa lata od jego wprowadzenia. Kierowcy powiedzieli, że wielokrotnie już zgłaszali kierownikowi i prezesowi, że niektórymi liniami jak na przykład 7 czy 17 nie są w stanie przejechać przez 20 minut, ale nikt ich nie słucha. – Dla prezesa liczą się tylko „wozokilometry”, a on by chciał, żeby tych „wozokilometrów” było jeszcze więcej – zaznaczył jeden z kierowców.Od dwóch lat w spółce jest nowy planista, który ustala kierowcom harmonogram kursów. Okazuje się jednak, że nie radzi sobie do końca z powierzonymi obowiązkami i nie potrafi tak zorganizować pracy kierowców, żeby w sytuacjach nagłych wygospodarować dla kierowcy dni wolne. Takich przykładów kierowcy podawali kilka. Jeden powiedział, że kiedy chciał wziąć wolne na pogrzeb wujka to nie dostał urlopu. Inny kierowca poinformował, że w kwietniu zmarła mu teściowa, zadzwonił do planisty o urlop i też nie dostał – musiał w tym dniu jeździć od rana do godziny 13.30 pomimo tego, że było w związku z jej śmiercią dużo spraw do załatwienia. Kolejny kierowca przekazał, że ma problemy z kręgosłupem i musi chodzić na rehabilitację Poszedł do planisty tydzień wcześniej, żeby go poprosić, żeby przez jeden dzień w grafiku zapisał go na linię 31, bo jeździ w godzinach do 8.15, a później od godziny 13, bo umówiłby się wtedy na rehabilitację. Świadkiem tej rozmowy był nawet kierownik. Planista zapewnił kierowcę, że w tym dniu będzie jeździł na tej linii. Kierowca zapisał się na rehabilitacje na godzinę 8.40, a okazało się, że planista wpisał go na inną linię od godziny 4.30 do godziny 10.30 co uniemożliwiło mu pójście na rehabilitację. W takiej sytuacji kierowcy mówią, że najlepiej przynieść chorobowe, czego nie chcą robić, żeby mogli coś załatwić. Kierowcy uważają, że planowanie kursów jest jedną wielką improwizacją. Te sytuacje spowodowane są tym, że brakuje kierowców. Kiedyś w rezerwie było dwóch kierowców i w sytuacjach nagłych czy losowych można było dać zastępstwo, a teraz nie ma nikogo w rezerwie. Problem jest także z uzyskaniem urlopu wypoczynkowego. Niektórzy czekają kilka miesięcy zanim dostaną urlop i dostają na przykład wymuszone 5 dni. Norma jest taka, że w miesiącu może iść na urlop tylko 2 kierowców. Sytuacja nadaje się do kontroli przez Państwową Inspekcję Pracy?
Obecnie, porównując do lat ubiegłych kierowcy sprzedają o połowę mniej biletów. Pracownica MPK, która sprzedaje bilety w punkcie przy ul. Lecha twierdzi, że sprzedaż biletów wzrosła. Trudo powiedzieć jakich: czy jednorazowych czy miesięcznych, bo dokładnych danych nie podała. – Tak jak sprzedawałem kiedyś 100 biletów tygodniowo, bo taka była norma to teraz 50 nie jestem w stanie sprzedać – stwierdził jeden z kierowców. Przypuszczać można, że sytuacja ta jest spowodowana między innymi podwyżką cen biletów, które są kupowane przez pasażerów u kierowcy. Przed podwyżką bilet jednorazowy normalny kosztował 3,20 zł, a po podwyżce 4 zł. Kupując taki bilet w kiosku płacimy 2,70 zł. – Jak zdrożały te bilety to nikt ich nie kupował. A do tego były jeszcze wakacje letnie to pasażerów też było mniej – zauważył jeden z kierowców. Mniejsza sprzedaż u kierowców może być spowodowana także sprzedażą biletów przez telefon komórkowy i przez Internet.. Wiceprzewodniczący J. Brzuszkiewicz zauważył natomiast, że skoro cena biletów wzrosła, a ceny paliwa nie wzrosły to wynik spółki nie powinien być ujemny.
MPK zakupiło lub wzięło w leasing autokar, który miał być wypożyczany na różnego rodzaju wycieczki czy wyjazdy w celach zarobkowych. Okazuje się, że autokar, który ma na siebie zarabiać w październiku wyjechał tylko raz. Analizując tę absurdalną sytuację kierowcy stwierdzili, że ten autokar więcej stoi niż jeździe, czyli generuje koszty, a nie zyski. – Głównie stoi i ma swoje stałe miejsce parkowania – poinformował jeden z kierowców. Inny przekazał, że był świadkiem rozmowy telefonicznej, kiedy ktoś zadzwonił, żeby wynająć ten autokar, a pracownik, który z tą osobą rozmawiał miał odpowiedzieć, że jak sobie znajdzie kierowcę to będzie mógł wynająć autokar. BEATA KRZYŚKA