Shadow

Ciąg dalszy batalii mieszkańców z planowaną fermą w Kawęczynie

Momentami bardzo emocjonalny przebieg miała publiczna rozprawa administracyjna, która była jednym z kolejnych stopni, w celu wydania decyzji dotyczącej budowy fermy drobiu w Kawęczynie koło Wrześni. Na spotkanie w ratuszu przybyli licznie mieszkańcy kilku wsi, w których okolicy ma być wybudowana wielkopowierzchniowa ferma drobiu, o łącznej obsadzie w jednym cyklu ponad miliona sztuk. Nie wstrzymywali się przy okazji od wyrażania swoich przejmujących opinii, że ta inwestycja jeszcze bardziej pogorszy ich zdrowie i komfort życia, bo już od lat zmagają się z odorem, muchami i szczurami, wydobywającymi się z licznych w okolicy ferm norek.
Sala sesyjna wrzesińskiego ratusza stała się areną starcia jak w prawdziwym sądzie, bowiem rozprawa administracyjna w celu wydania decyzji dotyczącej budowy fermy drobiu w Kawęczynie koło Wrześni, przywołała do wyłożenia swoich argumentów obie strony toczonego od dwóch lat konfliktu na linii inwestor – mieszkańcy. O ile inwestora, potężny kombinat rolno-hodowlany rodziny Gąsiorków, reprezentowały trzy osoby, to w roli adwersarza mieli ponad trzydzieści osób – w tym głównie mieszkańców wsi Kawęczyn, Marzenin, Gulczewo i innych oraz naukowców kilku placówek badawczych i przedstawicieli organizacji pozarządowych – Projekt Września i Czysta Nekla. Powodem, który zebrał tak liczne audytorium było postępowanie toczące się we wrzesińskim ratuszu, o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla budowy i funkcjonowania fermy drobiu o obsadzie w jednym cyklu ponad miliona sztuk. Do przeprowadzenia rozprawy, która przypominała tę znaną z sądów, burmistrz Wrześni wyznaczył radczynię prawną urzędu Annę Ratajczyk – Gibowską. Bój, który na argumenty i fakty stoczyć miały dwie strony konfliktu o uruchomienie inwestycji, przybrał tok wielotorowy. Przedstawiciele inwestora w swoich argumentach podpierali się raportem oddziaływania na środowisko, który zlecił wykonać inwestor, a który w swojej treści nie przedstawia większych zagrożeń dla środowiska i mieszkańców Kawęczyna i okolic. Mieszkańcy mówili wprost o ciężkim dla nich życiu w otoczeniu już istniejących ferm norek. Natomiast naukowcy ich wspierający podważali rzetelność wykonania ekspertyzy inwestora. Na rozprawie nie stawił się nikt z Prokuratury Rejonowej we Wrześni, co jest tym bardziej dziwne, że wspomniana rozprawa administracyjna wszczęta została właśnie na wniosek szefa tej instytucji. – Ta rozprawa nie rozstrzygnie o realizacji, bądź nie, tej inwestycji. Jest ona elementem postępowania w tej sprawie. Służy udziałowi społeczeństwa i stron postępowania w przeprowadzeniu oceny oddziaływania na środowisko – wyjaśniła Anna Ratajczyk – Gibowska. O co toczy się społeczny i administracyjny bój? Inwestor we wsi liczącej ok. 65 mieszkańców i mającej już tu dwie fermy norek, planuje wybudować na działce o powierzchni 62 hektarów, 20 budynków inwentarskich, 10 zbiorników na ścieki oraz 20 silosów i hodować tam drób.
*Raport kontra kontrraport*
Rozprawa zaczęła się od wystąpienia pełnomocnika inwestora, mecenasa Michała Michajłowa, który przypomniał dotychczasowe działania swojego klienta w sprawie budowy fermy. – Nie ulega wątpliwości, że tego typu inwestycje wielkoprzemysłowe budzą duże emocje i aktywizują społeczność – przyznał pełnomocnik. Następnie przywołał liczne przykłady tez, które stały się wyznacznikami do postępowań sądów administracyjnych w zakresie budowy ferm wielkopowierzchniowych. – Istotnym elementem, o którym nie możemy zapominać, czy się to komuś podoba czy nie, że żyjemy teoretycznie w państwie prawa, gdzie respektowane muszą być orzeczenia i wytyczne, które ukierunkowują sądy administracyjne – dodał M. Michajłow. Jak zauważył, strona przeciwna nie złożyła w postępowaniu kontrraportu do przedstawionego przez inwestora raportu oddziaływania inwestycji na środowisko, co mogłoby podważyć ten dokument. Wcześniej mieszkańcy i wspierający ich naukowcy stwierdzili wiele uchybień w raporcie inwestora. – Ten dokument jest źródłem wiedzy specjalistycznej, jeżeli druga strona argumentuje, do czego ma pełne prawo, by składać uwagi i wnioski, to powinna przeprowadzić swój własny kontrraport, oparty na wiedzy specjalistycznej – argumentował mecenas. Te słowa wzburzyły mieszkańców. Odnieśli się do nich później. Pełnomocnik podkreślił, że inwestor posiada pozytywne opinie dla inwestycji, m.in. Sanepidu i Marszałka Województwa Wielkopolskiego oraz uzgodnienie Regionalnego Inspektora Ochrony Środowiska i dodał, że w Polsce nie istnieją unormowania prawne, które określałyby dopuszczalne wartości odoru. Następnie charakterystykę inwestycji przedstawił Piotr Stępniak, kierownik zespołu opracowującego raport oddziaływania inwestycji na środowisko, który zlecił inwestor. Jak zdradził – jeden cykl hodowlany – od pisklaka do „zdjęcia” obsady – wynosi 42 dni. Później ferma jest w 14 dni sprzątana, myta i dezynfekowana przed przyjęciem kolejnej obsady.
*Papier przyjmie wszystko, czyli kto pod czym się podpisuje?*
Po argumentach przedstawicieli inwestora doszło do emocjonalnej dyskusji, której temperatura przybierała na sile z każdą minutą. Kornel Tomczak z Projektu Września mówił, że mieszkańcy nie tylko sprzeciwiają się inwestycji, ale mają konkretne argumenty przeciwko niej, co wnoszą do postępowania i złożył wniosek o powołanie biegłego, który zbadać ma skutek skumulowanego oddziaływania fermy drobiu z istniejącymi już fermami norek. Natomiast dr inż. Małgorzata Friedrich, kierownik Pracowni Zapachowej Jakości Powietrza w Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie, zarzuciła biegłemu dokonującemu opinii w sprawie uciążliwości zapachów, jej niepoprawność merytoryczną i dokonanie pomiarów niezgodnie ze sztuką badawczą. Tym samym rozpoczęło się krytykowanie raportu oddziaływania na środowisko, który urzędnikom przedstawił inwestor, przez kolejnych naukowców i mieszkańców. W ich ocenie dokument roi się od błędów, nieprawidłowości i wypaczeń. Kierownik zespołu, który raport przygotował, nie bardzo potrafił odnieść się do kolejnych zarzutów, bowiem mimo podpisania się pod raportem, nie potrafił odpowiedzieć na wiele podniesionych przez drugą stronę kontrowersji i uchybień znalezionych w dokumencie. Na pytania dr Agaty Piekarskiej z Instytutu im. Włodzimierza Korsaka w Gorzowie Wlkp., specjalizującej się w owadach uciążliwych, twórca raportu stwierdził, że w trakcie przygotowania dokumentu nikt z mieszkańców nie skarżył się na plagę much czy gryzoni. Na te słowa dr Piekarska wyciągnęła zdjęcia wykonane od maja do października, obrazujące tysiące much na posesjach w Kawęczynie. Dalej wytykała twórcom błędy, brak metodologii, brak wyników badań, niewiarygodność, podpierając je licznymi cytatami z raportu. P. Stępniak stwierdził, że nie wie, czy tak dogłębne analizy, których wymaga dr Piekarska, muszą jako twórcy dokumentu przygotować. – Widocznie RDOŚ uznała naszą analizę za wystarczającą – stwierdził. – Raport nie spełnia podstawowych warunków w kwestii oddziaływania na środowisko. To każdy biegły jest w stanie podważyć – ripostowała dr Piekarska. Dr hab. Hanna Mamzer z UAM w Poznaniu i członek Czystej Nekli, dopytywała twórcę raportu, o metodologię przeprowadzenia inwentaryzacji przyrodniczej i sposób zabezpieczenia pomiotu przed rozmnażaniem się w nim insektów. – Przedstawiciele inwestora nie byli w stanie odpowiedzieć w tym zakresie. Nie możemy ich zobowiązać, by odpowiedzieli, gdy nie posiadają takich informacji – przypomniała prowadząca rozprawę Anna Ratajczyk – Gibowska i dodała, że twórcy odpowiedzą na piśmie. – To wątpliwe, że osoby, które są autorami raportu i twierdzą, że przeprowadziły badania, nie są w stanie powiedzieć, jak te badania zostały przeprowadzone. Papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, natomiast naukowiec kierując się zasadami etyki zawodowej, nie może robić rzeczy, które podpisuje imieniem i nazwiskiem, a nie jest w stanie uzasadnić – nie kryła zdziwienia. – Jak pan mógł się pod tym podpisać? – dopytywała H. Mamzer. – Autorów jest kilku – odparł P. Stępniak. Dodał, że po konsultacjach ze współpracownikami odpowie na piśmie. – To jest nie do przyjęcia podpisać się pod czymś, czego się nie zna – mówiła wzburzona.
*Czy da się pogodzić interesy zantagonizowanych grup?*
W końcu do głosu doszli sami mieszkańcy. Wylała się tutaj prawdziwa fala żalu, złości, frustracji i bezradności z życia w cieniu ferm hodowlanych. Mieszkańcy nie kryli oburzenia, że ich skargi o pladze much są ignorowane przez instytucje, ludzie uciekają ze wsi, nie hodują z obawy przed wpływem obornika, zwierząt i warzyw. Do dokumentacji postępowania mieszkańcy dołączyli opinie lekarskie o stwierdzonych u nich przypadkach astmy i alergii. – Wiecie jak zachowuje się osoba chora, gdy stężenie alergenów rośnie? Do tego dojdzie pierze. Zobaczcie co wisi teraz na siatkach ogrodzeniowych. To nie jest babie lato – mówiła mieszkanka wsi, w której rodzinie są trzy osoby z alergiami. Mieszkańcy złożyli wniosek o przeprowadzenie kolejnej rozprawy administracyjnej, tym razem w świetlicy wiejskiej w Marzeninie, tak – by po uzyskaniu odpowiedzi na ich kilkadziesiąt pytań zadanych przedstawicielom inwestora, dyskutować mogło więcej mieszkańców wsi. M. Michajłow uznał jednak to za bezsensowne. – Martwi mnie stosunek inwestora do mieszkańców. Nie widzę żadnych prób koncyliacyjnych pogodzenia interesu mieszkańców i inwestora. Nawet teraz, na prośbę mieszkańców, by w godzinach popołudniowych mogli wziąć udział w spotkaniu w Marzeninie, pan mecenas mówi, że jest to absolutnie bez sensu. Takie sformułowanie jest nadużyciem i świadczy o braku szacunku wobec mieszkańców – mówiła dr H. Mamzer. – Jesteśmy osaczeni przez inwestora fermami i wykluczeniem społecznym – dodała Małgorzata Nowak, mieszkanka Kawęczyna. Mieszkańcy odnieśli się także do początkowej wypowiedzi mec. Michajłowa, że mieszkańcy powinni przygotować swój kontrraport środowiskowy. – Kto ma za niego zapłacić 30 tys. złotych? Pani S., która ma 80 lat i żyje z niskiej emerytury? Inwestor musi go złożyć, jest potężny, a kim my jesteśmy? – dopytywała M. Nowak. Po trzech godzinach spotkanie zakończono. ALEKSANDER KARWOWSKI