Czasami wystarczy podróżowanie tylko palcem po mapie

A wszystko zaczęło się od Atlasu geograficznego PWN, po którego barwnych stronicach palcem przemierzał świat młody Łukasz Zaleski. Po latach ponownie wraca do kartografii, jednak bierze ją bardziej serio, a mniej fantazyjnie. Mapy, to odległe światy. Podróże niosą nas w te światy. Wiemy jakie kierunki obrać i co można w nich zobaczyć. Jednak oprócz samej pochwały podróżowania, nowa premiera w Teatrze Fredry niesie więcej przesłań, niż romantyzm samego pakowania plecakai ruszania w świat po przygodę. „Atlas wysp odległych” od 29 listopada wystawiany jest na gnieźnieńskiej scenie.
A było tak fajnie – mógł rzec Łukasz Zaleski, reżyser i pedagog Teatru Fredry, kiedy po wielu latach ponownie otworzył atlas geograficzny, który w latach dzieciństwa służył mu jako wielobarwny element zabawy. Dziś widzi kruchość tamtego świata. Rozpadły się systemy polityczne, ZSRR rozdrobniony jest jak potłuczone szkło, natomiast dwa niemieckie kraje zszyte zostały w jeden organizm. Niektóre wyspy znikną pod wodą podnoszącej się tafli oceanu, a w innym miejscu pojawi się największa wyspa świata – wielka oceaniczna plama plastiku, która wędruje obecnie po Oceanie Spokojnym. Kto nadąża z aktualizowaniem map? Uzbrojony w te refleksje Łukasz Zaleski czyta „Atlas wysp odległych” autorstwa Judith Schalansky. W niej autorka rysuje wyspy dalekie, na których nigdy nie była i nie będzie. – Ona narysowała te wyspy, a my postanowiliśmy zrobić z tego spektakl – mówi Ł. Zaleski. Tylko tu pojawia się pytanie: Jak przetłumaczyć atlas geograficzny na język sztuki teatralnej?
Pomysł wydaje się szalony, jednak finalna realizacja tego zadania okazała się błyskotliwa. Pomysł jest prosty. Zaleski zabiera widza w podróż po kilku wyspach. Banalna sprawa zdaje się – podróżowanie. – I tu zadajemy sobie kilka pytań, np. po co ludzie podróżują? Podróżowanie jest super i chcemy zarażać młodych ludzi nim – zdradza reżyser. „Podróże kształcą” – mówi znane powiedzenie i tak jest w istocie. Ale dziś, kiedy świat został zbadany, przeskanowany satelitarnie, „udostępniony” właściwie dla każdego, niesie coś jeszcze większego, ważnego oprócz zwykłej turystyki? Kiedyś podróżowanie zmieniało świat. W spektaklu pokazana jest pięknie wyprawa Fridtjofa Nansena, norweskiego oceanografa, badacza, którego brawurowe wyprawy na Grenlandię dawały światu nauki wielkie dowody na złożoność istnienia świata. Dziś wyprawy są dość „jałowe” i bierne. Prócz zaspokojenia własnego „ego” nie przynoszą światu nic, oprócz rozdeptywania lasów i pozostawiania śmieci (które koniec końców spadają na nas w formie deszczu z nieba lub lądują w naszych żołądkach w postaci zjedzonych ryb). – Sztuka ma ważny wymiar ekologiczny – podkreśla Zaleski. Istotnie. Wielkie wrażenie robi śmiały zabieg scenograficzny jak wielkie sieci pełne plastikowych butelek, które podwieszone są nad sceną. Wyglądają jak złowieszcze chmury brudnego opadu, który zaraz spadnie na bohaterów lub jak wspomniana oceaniczna plama dryfująca po wodzie i złapana w rybacką sieć.
*Nie wszędzie trzeba być*
Sztuka w swojej konwencji jest bardzo wesoła i radosna. Siedmiu aktorów gnieźnieńskiego teatru raz dzieli się np. rolami odkrywców wyspy i tubylców, którzy na niej gospodarzą. Innym razemZuzanna Czerniejewska jako naukowiec odkrywa biegun południowy. Dochodzi wtedy do przezabawnej sceny rozmowy z gospodarzami tego miejsca – pingwinami, które mówią o wolności i szczęściu, jakie mają na swojej odległej wyspie, a naukowiec nie jest im tu potrzebny i jego obecność niesie więcej zagrożenia dla ich bytu niż korzyści. Zabieg przeskakiwania z wyspy na wyspę, z gorących tropików gdzieś pod Zwrotnikiem Koziorożca, na lodowate góry na granicy koła podbiegunowego, jest atrakcyjny. Dzięki zabiegom scenograf Kai Migdałek, widzom robi się na przemian – raz zimno, raz gorąco. Warto tu wspomnieć muzykę i choreografię. Za pierwszą odpowiada Kamil Tuszyński, który przygotował aktorów do trudnej roli muzyków. Przeskakując z wyspy na wyspę, grają oni muzykę na żywo i robią to wybornie. Zamieniając się w zespół muzyczny, wprowadzają do spektaklu element romantyzmu podróży, lekkości bytu. Gdyby całą siódemkę aktorów przenieść z instrumentami np. do klubu koncertowego, impreza byłaby przednia. Zapewniam. Także ruch i choreografia przygotowane przez Łukasza Zgórkę, zasługują na uznanie. Scena dedykowana „tym co odeszli na morzu” robi wrażenie. Aktorzy odbijają się od bulajów – okien na statku, gdy tonąc próbują wydostać się z pułapki stalowej trumny, która zabiera ich na dno. W panicznym odruchu próbują złapać tlen. Takich smaczków spektakl ma wiele i już to świadczy o ogromnej plastyczności wizji reżysera.
– Sztuką mówimy o podróżowaniu, ale także o zagrożeniu, które z tego podróżowania się wyłania. Spektakl dedykuję młodym ludziom, w których obudziła się świadomość ekologiczna – mówi Ł. Zaleski. I ten wymiar jest tu istotny, bowiem łatwość w podróżowaniu, dostępność funkcji „All Inclusive”, która wymaga od nas już tylko „bycia” i płacenia, a wszystko podsuwane jest pod nos – sprawiają, że szybko rosnąca i bogacąca się ludzkość zadeptuje świat pierwotny, jeszcze nie zmieniony ręką człowieka. „Atlas wysp odległych” jest tu pewnym protestem, manifestem reżysera, by owszem, podróżować, ale odpowiedzialnie, świadomie, non-exclusive, bardziej alternatywnie, bardziej intymnie, mniej narzucająco się. Że nie wszędzie musimy być i nie wszystko musimy widzieć. – W każdym miejscu, które odwiedzimy, coś zostawiamy, psujemy to miejsce. Miejsce, w którym człowiek staje swoją stopą, już nigdy nie będzie takie samo. Jeżeli jest taka wyspa, na której jeszcze nie było ludzi, to niech tak zostanie – apeluje Łukasz Zaleski. ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Dawid Stube