„Dlaczego, skoro było tak dobrze, skończyło się to tak źle?”

Na to pytanie, mimo wielu wieczorów spędzonych na zastanawianiu się, nie może sobie odpowiedzieć młode małżeństwo z Gniezna. To miało być wychuchane dziecko, jak każde pierwsze. Początek tej historii jest podobny jak u wielu małżeństw starających się o dziecko, lecz koniec tragiczny jak w bardzo rzadkich przypadkach. Młodzi ludzie zwiedzeni zaleceniami lekarzy jeżdżą między Gnieznem a Wrześnią, a ich emocje pulsują żywiej z każdym przeprowadzonym badaniem. Odpowiedzi na dręczące ich pytania poszuka jednak prokurator.
To miało być pierwsze dziecko Adama i Darii. – To była wzorowa ciąża. Żona była aktywna, pływała, bardzo dbaliśmy o to, by wszystko przebiegło jak najlepiej – wspomina ostatnie miesiące Adam. Wszystko zbliżało się do szczęśliwego zakończenia, podczas badań u lekarza prowadzącego ciążę Darii nie wykrywano żadnych zagrożeń. Po rozpoczęciu 39. tygodnia ciąży rodzice dziecka udali się na kontrolną, rutynową wizytę u ginekologa. Do planowanego terminu porodu były już tylko cztery dni. Lekarz po badaniu miał spokojnie stwierdzić, że wód płodowych jest mało, a dziecko jest duże, waży ponad 4 kilogramy i kieruje parę do szpitala. Po spakowaniu potrzebnych przy porodzie i hospitalizacji rzeczy udali się oni do wrzesińskiego szpitala. To właśnie tę lecznicę wybrali na miejsce przyjścia na świat ich wyczekiwanego dziecka. – Opinie o tamtejszej porodówce były bardzo dobre. Nie mieliśmy wątpliwości – mówi dziś Adam. Po przyjęciu do szpitala lekarz zbadał Darię. – Ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego powiedział, że wszystko jest w porządku, a dziecko jest małe. Mam na wypisie, że ważyło 3,39 kg. Zdziwiła nas ta różnica w ocenieniu wagi dziecka w porównaniu do badania sprzed kilku godzin u naszego lekarza, ale szpital ma dobrą renomę – dodaje Adam. Następnego dnia uspokajana przez lekarza Daria zostaje jednak wypisana ze szpitala, a do porodu nie dochodzi. Po trzech dniach pobytu w domu Daria czuje, że ma mokrą bieliznę. – Pomyśleliśmy, że to wody płodowe. Zaniepokoiło nas to. Znowu pojechaliśmy do Wrześni – mówi Adam. Właśnie zaczynał się 40. tydzień ciąży. – Przy okazji odbierania wypisu z poprzedniej wizyty w szpitalu powiedzieliśmy, że jest już termin porodu, jednak lekarz nie przeprowadził badania i odesłał nas z powrotem do Gniezna, do ginekologa prowadzącego – wspomina. Po powrocie do Gniezna lekarza Darii jednak nie było i skierowano parę do innego medyka. Ten, również jak trzy dni wcześniej lekarz prowadzący, miał stwierdzić, że wód płodowych jest bardzo mało i trzeba pilnie wywołać poród. Adam i Daria ponownie jadą ze skierowaniem do wrzesińskiego szpitala, lecz tam po przeprowadzeniu badania przez ordynatora znowu słyszą uspokajające słowa, że wszystko jest w porządku i nie czas na poród. Po porannym badaniu w następnym dniu lekarz ponownie odesłał parę do domu, jedynie z zaleceniem obserwacji i odwiedzeniem lecznicy po siedmiu dniach, czyli po ponad 41. tygodniu ciąży i wyznaczonym terminie. – Kolejnego dnia w domu żona powiedziała, że słabo wyczuwa dziecko. Po południu postanowiliśmy pojechać do naszej przychodni przeprowadzić badanie tętna dziecka. Położna w trakcie jego wykonywania stwierdziła, że go nie wyczuwa. Powiedziała, żebyśmy szybko jechali do szpitala – wspomina ten tragiczny dzień Adam. W ogromnym zdenerwowaniu udali się do gnieźnieńskiego szpitala, gdzie po badaniu USG ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego stwierdził, że dziecko nie żyje. – Był to dla nas szok. Bo przecież w szpitalu we Wrześni mówili, że wszystko w porządku, a okazuje się nagle, że dziecko nie żyje – mówi nerwowo Adam. Zaczęło się wywoływanie porodu martwego już dziecka, które trwało 10 godzin. – To było po prostu dramatyczne przeżycie dla nas. Nie było już walki o życie dziecka, ale była walka o uratowanie życia żony, na szczęście skuteczna – dodaje trzymając w dłoni kurczowo dokumentację szpitalną. Dziecko w chwili porodu miało wagę 4,20 kg. Bez czekania dokonano sekcji zwłok, po której stwierdzono, że najprawdopodobniej dziecko zmarło dzień wcześniej, w dniu wypisu matki z wrzesińskiego szpitala. – Wyniki są takie, że dziecko prawdopodobnie udusiło się w tym dniu, w którym matka została wypisana ze szpitala we Wrześni. Z sekcji nie wynika by wystąpiła jakakolwiek patologia ciąży, cały jej przebieg był prawidłowy – informuje Tomasz Dzionek, radca prawny pomagający w tej sprawie poszkodowanym. Rodzice zadają sobie pytanie, jak jeszcze tragiczniej mogłaby ta historia się zakończyć, gdyby po drugim wypisie z wrzesińskiego szpitala mama dziecka sama z własnej potrzeby i niepokoju nie udała się na badanie KTG w Gnieźnie i nie wykryto by, że dziecko prawdopodobnie nie żyje. Wszak termin ponownej wizyty we Wrześni był wyznaczony za 6 dni. Ojciec dziecka pyta także, dlaczego mimo skierowań jego żony do szpitala od dwóch różnych gnieźnieńskich lekarzy ordynator nie wywołał porodu i odsyłał żonę do domu? Odpowiedzi na te pytania będzie szukać wrzesińska prokuratura, która przyjrzała się sprawie i podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa. – Zostaliśmy poinformowani o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 160 kodeksu karnego, a więc narażenia człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo zdrowia – mówi Krzysztof Woźniak, zastępca prokuratora rejonowego. Sebastian Nowicki, prezes Szpitala Powiatowego we Wrześni podkreśla, że w jego ocenie oddział położniczo-ginekologiczny funkcjonuje bardzo dobrze. – Fachowość ordynatora oceniam doskonale – podkreśla. O całej sytuacji związanej ze śmiercią dziecka, jak mówi S. Nowicki, dowiedział się dopiero od dziennikarza „Przemian”, a było to kilka dni przed zainteresowaniem się tym tematem jednej ze stacji telewizyjnych. – Do takich sygnałów podchodzę z troską. Zawsze sprawdzam dla własnej wiedzy, jeśli takie sygnały przychodzą, co się wydarzyło, w jakim trybie było to kierowane, co zostało wykonane, zastanawiam co ewentualnie było można zrobić lepiej. Zawsze analizuję takie sytuacje, jeżeli w grę wchodzi zgon czy wchodzą pretensje kogokolwiek o zgon. Natomiast tego przypadku, o który pan pyta to nie chcę jednostkowo komentować. Nie dopatrzyłem się dotychczas istotnych nieprawidłowości w funkcjonowaniu oddziału ginekologiczno-położniczego. Jestem zadowolony z tego oddziału. Nie tylko z resztą z pana ordynatora, ale z lekarzy, asystentów, pań pielęgniarek, położnych – zapewnia prezes lecznicy. Jak mówi ojciec dziecka, nie zależy rodzinie na jakiejkolwiek zemście. – Wierzę w to, że ten lekarz ma wiedzę i jest doświadczony. Nie życzę mu źle. Chcę by sprawiedliwie tej sprawie się przyjrzano, by nikomu więcej nie stała się krzywda i by nikt więcej nie musiał tak mocno przeżywać takiej straty jak my. Jeśli popełniono błąd to trzeba sprawić, by do drugiego nigdy nie doszło – mówi w wyważony sposób Adam. ALEKSANDER KARWOWSKI