Shadow

Gazowa rura, jak wbity w ziemię klin, rozrywa więzi międzyludzkie

Zupełny rozkład wspólnoty, konflikty rodzinne, poczucie gorzkiej prowincjonalności, niespełnione ludzkie potrzeby, śmierć i katastrofa ekologiczna. Ta lawina nieszczęść spada na małą wiejską społeczność spod Gniezna, do której przybywa wielki amerykański koncern z obfitym plikiem banknotów. Wystarczy tylko jednomyślna zgoda czterech rodzin, by na skraju ich działek stanął maszt wiertniczy, mający wydobywać z ziemi gaz łupkowy. Szybkie pieniądze zdają się dla mieszkańców szansą na realizację ich potrzeb lub marzeń, tylko nie zdają sobie jeszcze sprawy jakim odbędzie się to kosztem. Kosztem dużo przewyższającym te 250 tys. złotych otrzymanych od Amerykanów za rok dzierżawy ich ziemi. „Gaz!” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego, to wyraźny sprzeciw wobec praktyk wielkich koncernów energetycznych, ich systemu „kupowania” ludności oraz głośne ostrzeżenie przed ignorowaniem katastroficznych zmian zachodzących w klimacie. Trzynastego marca miała miejsce pierwsza w tym roku premiera teatralna w Teatrze Fredry.
Zaprezentowana na wielkiej makiecie podgnieźnieńska wieś, wydaje się sielankowa i zwyczajna. Kilka gospodarstw, sklep, przystanek. Pod dachami domów czterech tutejszych rodzin, zwyczajne ludzkie rozterki. Choroby, niespełnione marzenia, śmierć bliskich, ucieczka do miast przedstawicieli młodszych pokoleń i związane z tym pytania starszych o przyszłość ojcowizny. Łączy ich problem rzeki, która często wylewa ze swojego koryta i zalewa wiejski cmentarz podmywając groby. Lekarstwem może być budowa tamy w górnym jej biegu, jednak to kosztowna inwestycja, która zrujnować może lokalny ekosystem. W ten mozolny ludzki żywot przebojem wdziera się „lepszy” świat w postaci przedstawicielki koncernu wydobywczego, obiecującej remedium na wszystkie bolączki tej społeczności. Będzie tama i będą środki dzierżawne przez 10 lat. Warunek? Zgoda czterech rodzin na postawienie szybu wydobywczego na styku ich działek. Na spotkanie w wiejskiej świetlicy zjeżdżają się członkowie wszystkich czterech rodzin, także dzieci z Poznania, Londynu – każdy z bagażem doświadczeń wraca do rodzinnej wsi. Rozpoczyna się wiwisekcja reżysera spektaklu nad każdą z rodzin…
*Redemption Gas and Oil Ltd świetnie rozumie te potrzeby i jest po to, aby je realizować*
Wielkie koncerny mają świetnie wypracowaną taktykę mamienia lokalnych władz i społeczności w celu uzyskania zgody na realizację ich zadania maksymalizacji zysku. Choć ich korporacyjna nowomowa na ustach niesie wręcz zbawienne dla świata treści, to jest jednak niczym innym, jak zachętą do „sprzedania duszy”. Obietnica szybkiego pieniądza za coś, co i tak jest gdzieś pod ziemią i oczy nasze tego nie zobaczą, a kasę jednak tak – podnieca niemal każdego. Bo niemal każdy w takiej społeczności ma potrzeby związane z pieniędzmi. Jak w przedmiotowej wsi: kosztowne leczenia raka, pragnienie „ucieczki” ze wsi i poznawania świata, założenie wydawnictwa i wyrwania się ze szponów nałogu alkoholowego. „Redemption Gas and Oil Ltd. świetnie rozumie te potrzeby i jest po to, aby je realizować” – mógłby brzmieć slogan wydobywczej firmy, która przyjechała do wsi. – Jak sobie myślę o tej sytuacji, to jest we mnie złość i współczucie – mówi reżyser spektaklu, Marcin Wierzchowski. – Złość na to, że potrafimy być tak krótkowzroczni, głupi, chciwi, zaślepieni łatwym zyskiem, albo szybkim dojściem do tego co potrzebujemy. A współczucie, bo mam świadomość, że te wszystkie słabe rzeczy mieszczą się też we mnie. Ale wiem też, że te potrzeby i pragnienia, są czasami nam naprawdę niezbędne do życia – zauważa. Jak dodaje, ludzie z miast często potępiają małe społeczności, za ich ignorowanie spraw ekologii, ale nie rozumieją, że te małe społeczności też potrzebują godności, prawa do człowieczeństwa i prawa do błędu. I świetnie to wykorzystują koncerny energetyczne.
Jak mówi Wierzchowski, pomysł na taki spektakl wziął się z minionej „gorączki gazu łupkowego”, która opanowała Polskę kilkanaście lat temu. Ogromny szelf ciągnący się do Gdańska, przecinać miał Polskę aż do Lublina. W nim skarb narodowy w postaci gazu w łupkach, mający zapewnić nam dobrobyt na dziesiątki lub setki lat. Ostrożna euforia obiegła wszystkich Polaków. Część z nas już zaczęła w myślach wydawać wymarzone pieniądze. Choć temat wydobycia gazu upadł, to nie został on jednak pogrzebany. Być może powróci za jakiś czas i Polska zmierzy się nie tylko z potencjalnymi zyskami, co z możliwymi negatywnymi skutkami tej technologii wydobywania gazu, która oznaczać może wielką katastrofę ekologiczną i zatrucie wód gruntowych.
*1%, który robi wielką różnicę*
I właśnie ta metoda wypłukiwania pęcherzyków gazu z łupków wydaje się w tym przemyśle najbardziej kontrowersyjna. Choć w spektaklu przedstawicielka koncernu zapewnia, że metoda ta jest neutralna dla środowiska, bo płyn do płukania w 99% składa się z naturalnych składników, to różnicę robi właśnie tej jeden procent, na który składa się nieznana mieszkańcom chemia. To niepokoi Bogdana Strzeleckiego, mieszkańca wsi, który od lat obserwuje i bada, jak zmienia się woda płynąca z kranu, przeczuwając zagrożenie. Wcześniej na raka zmarła jego żona, teraz mu przyszło się z rakiem mierzyć. Jednak jego głos zostaje zignorowany. Żądza szybkiej odmiany losu przez innych mieszkańców przeważa. Także jego córka, która przyjeżdża przekonywać przeciwnego odwiertowi ojca, chce te „gazowe” środki przeznaczyć na jego leczenie, nie zdając sobie sprawy, że zgoda ta może pociągnąć w śmiertelną chorobę innych. Postać Strzeleckiego jest tożsama z bohaterem filmu dokumentalnego „Gasland” – demaskującego przemysł wydobycia gazu z łupków. Podobna scena jak filmie, pojawia się na gnieźnieńskiej scenie. Woda z kranu, po przyłożeniu do niej ognia – zapala się. – To był punkt wyjścia do fantazji na temat tego spektaklu. Moje zderzenie z tym, że sam stałem się łatwym celem jakiegoś marzenia, które czuję, że w nas jest. Że szczęście przyjdzie spoza nas. Że pewnego dnia obudzimy się i dowiemy, że wygraliśmy w totolotka i wszystkie nasze problemy będą rozwiązane – mówi Wierzchowski. Przestrzega tu, że ryzyko jest jednak za duże. Że to co wpuścimy z „płukanką” w ziemię, już nigdy z niej nie wyjdzie. Tak jak z nas nie wyjdzie to, co przyjmiemy spragnieni z „wodą życia”.
Podpisanie kontraktu przez wszystkie rodziny, zmienia formę samego spektaklu. Część musicalowa oparta na wielkiej fecie na cześć zbudowania masztu wydobywczego, wydaje się – w do tej pory bardzo udanego spektaklu – niekoniecznie potrzebna w tak rozbudowanej formie, choć warto docenić tu fakt, że w układach tanecznych można odnaleźć nawiązania do socrealizmu, znanego choćby z licznych parad w czasie PRL i wielkiej industrializacji przemysłu. To swoisty taneczny hołd oddany technice, która ulepsza społeczeństwo i daje mu większe możliwości. Mieszkańcy tańczą i śpiewają pieśni wychwalające gaz, który odmienić ma ich los, jednak w międzyczasie odbywa się dramat starego Strzeleckiego, który w rezultacie – niesłuchany przez nikogo – umiera. -Do pierwszej części spektaklu nawiązuje jego trzecia część na zasadzie kontrastu. Przenosimy się do postapokaliptycznego świata tej samej wsi, który wcześniej śnił się jednej z bohaterek – Oldze. To obraz zbiorowego umierania, pełen groteski, przerysowań, świata – który kojarzy się raczej z obrazkami telewizyjnymi po katastrofie w Czarnobylu. Olga, która podpisała wbrew ojcu zgodę na wydobycie gazu, teraz rozlicza się z nim i sąsiadami. Ale jest już za późno. – Czy musimy zawsze iść do naszego szczęścia na skróty? Czy musimy przyjąć długą drogę? A jeśli na skróty, to czy mamy świadomość odpowiedzialności, która może się z tymi skrótami wiązać? A jeśli ta odpowiedzialność za przyszłość ziemi na nas spadnie, to czy mamy stamtąd wyjście? Czy możemy coś zrobić? Czy jest odkupienie z takiej sytuacji? – pyta spektaklem Marcin Wierzchowski.
„Gaz!” powstał w kooperacji z Teatrem Malabar Hotel. Na wyróżnienie zasługuje tu postać Marcina Bikowskiego, który wcielił się w autystycznego Michała Czernina – pełnego ograniczeń neurotycznych, za to błyskotliwego obserwatora całej historii targów wsi o profity z gazu. Aktorsko spektakl wypada bardzo dobrze ze świetnym wykorzystaniem możliwości Martyny Rozwadowskiej, Joanny Żurawskiej i Wojciecha Kalinowskiego. Urzeka też śpiew Zuzanny Czerniejewskiej Stube. Scenariusz do spektaklu przygotowali Justyna Bilik i Daniel Sołtysiński. Dwóm premierowym spektaklom towarzyszyła w foyer teatru wystawa zdjęć Andrzeja Bąka, która przedstawia walkę mieszkańców Żurawlowa z amerykańskim koncernem Chevron. Protesty lokalnej społeczności ze wschodniej Polski przyniosły efekt. Amerykanie po dwóch latach rozwiązali umowy i wyjechali z Polski. Tym spektaklem Teatr Fredry nie pierwszy raz daje wyraźny i głośny sygnał, że sprawy ekologii i zrównoważonego rozwoju społeczeństwa są jednym z wyzwań już dziś. ALEKSANDER KARWOWSKI