Gdy odkryta zostaje grobowa kołdra niepamięci


To historia, jakich w Polsce wiele, ale dla pamięci lokalnej ma szczególny wymiar. Po 72 latach ofiary zbrodni czerwonoarmistów, 12 przecinków w wielkiej encyklopedii bestialstwa wojny doczekało się dokończenia swojej historii. Przejmujący obraz krzyku zatrzaśniętego w czaszkach oraz niemego bólu rodzinnych pamiątek znalezionych przy ofiarach pozostaje lekcją z okrucieństwa wojny. Ta historia zaczyna się i kończy we wsi Gołunin, jednak ciągnie się przez 72 lata, z czego prawie cały ten czas w milczeniu.
Dopiero kilka godzin temu wyszli z Czerniejewa. Brną umęczeni w śniegu, w zaspach, no bo kto by odśnieżał drogi gdzieś na wsi, kiedy ścierają się dwa wojenne fronty. Jeden naciera, drugi umyka. Każdy chowa się w domu, kto wie, co się będzie działo. Jest ich dwunastu, a wśród nich kierowcy. Po co teraz umiejętność kierowania, kiedy pełzają w śniegu, a ciężarówki już uciekły na zachód w stronę Berlina? Trzeba złapać jakiś transport. Zawierucha wojenna wyrzuciła za Gniezno. Wszyscy pogubieni, pieszo, tylko wiedzą, że na zachód. Może Poznań, a dalej już tylko dom. „Ruscy idą” mówią potajemnie między sobą mijani we wsiach ludzie, choć patrzą na nich ze strachem, ale i pobłażaniem. Pieszo daleko „czerwonoarmijcom” nie umkną. W końcu uciekają do siebie, pieszo i spóźnieni, niechciani, przeklinani. Główne transporty już przejechały, a oni jak niedobitki idą. Może w Pobiedziskach złapią pociąg lub wcisną się na ciężarówkę. Na razie przykryte białym puchem pola i jakieś zabudowania na horyzoncie. Ruszają, bo jest już późno, są przemarznięci. Jest 20 stycznia 1945 roku. Mijają tabliczkę z nazwą „Golun Hauland”. Nic im to nie mówi. Zresztą to nie jest ważne, czas odpocząć, przeczekać noc i ruszyć na zachód. Napotykają gospodarstwo. Dom, stodoła i okazała lipa na podwórku. Może są tu Niemcy. Nie ma co szukać dalej. W środku wystraszeni i zaskoczeni Polacy. Mówią, że niemiecki sołtys wsi Reinhold Lüdtke uciekł wczoraj, Niemców już nie ma. Oni nazywają się Ignac i Jadwiga Napierała. Mieszkają tutaj zatrudnieni przed Lüdtke, który mieszkał trochę dalej. Ale już go nie ma kilkadziesiąt godzin, a im kazał pilnować dobytku, karmić trzodę i bydło. Może jeszcze tu wróci. Dwunastu żołnierzy Wehrmachtu chce tylko przeczekać noc. Rano muszą uciekać dalej. Nie mają żadnych wątpliwości, że gdy złapią ich czerwonoarmiści nie czeka ich niewola, tylko śmierć. Czasu nie ma dużo; 20 kilometrów stąd na wschód jest Gniezno. Zaraz wejdą tam paradnym krokiem „ruscy”, ale kto wie, czy już jacyś zwiadowcy nie przedarli się w te tereny i oczyszczają przedpole. Wyczerpani Niemcy wchodzą do stodoły Napierałów, moszczą się w sianie i usypiają. Wystarczy im tylko kilka godzin. Kanonady bomb ledwie słyszalne w oddali mącą im sen, jednak wyczerpanie robi swoje. Mroźny poranek 21 stycznia budzi ich nęcącym głodem wędrującym po całym ciele. Trzeba uciekać, ale jak iść, kiedy nogi się trzęsą z tego głodu? Proszą polskich gospodarzy o gorącą wodę, trochę jedzenia. Kiedy wędrują między domem a stodołą dostrzegają ich z dala żołnierze Armii Czerwonej. Ludzie im mówili, że jacyś wyczerpani żołnierze wczoraj szli w tych rejonach, są więc wyczuleni. Pieszo daleko przecież nie uszli. Uważnie obserwują. W końcu jest. W lornetkach odbija się postać człowieka w płaszczu żołnierskim. Za chwile druga i trzecia. „Germańce” pada z ust radzieckiego żołnierza. „Czerwonoarmijcy” zbierają większą grupę, ładują „pepesze” i ruszają w zabudowania Napierałów, otaczają gospodarstwo. Krzykiem nakazują ujawnienie żołnierzy. Boją się Polacy, boją się Niemcy. Szczególnie, że kilku żołnierzy Wehrmachtu zostało zaskoczonych przez wrogów na podwórzu. Od razu kula w głowę. Reszta świadoma swego losu zagłębia się w stodole. Pada komenda podpalenia stodoły i spalenia Niemców żywcem. Śmierć w płomieniach jest przerażająca. Wychodzą prosząc w duchu o szybką śmierć. Sponiewierani stają się ofiarami egzekucji. Niektórzy otrzymują strzał w pozycji klęczącej, niektórzy stojącej, ktoś otrzymuje kulę w głowę z boku. Po kilku minutach cisza. Żołnierze radzieccy zabierają Niemcom w pośpiechu i niedbale przydatne zdobycze, głównie solidne niemieckie buty – oficerki, towar deficytowy. Jeden z martwych żołnierzy ma buty wiązane. Trudno je zdjąć martwemu, zmarzniętemu człowiekowi bez odrąbania nóg. Zostawiają. Żołnierze z czerwonymi gwiazdami na czapkach ruszają dalej oczyszczać przedpole frontu. Po nich tylko krew i 12 ciał. Cóż począć, gdy wojna? Pochówek się należy. Zbierają się Polacy zamieszkujący wieś. Przybiegają do Napierałów Stefan Orfiniak, Stanisław Urbaniak i Franciszek Witczak. Gospodarz Ignac Napierała wyciąga z szopy wóz konny. Kilkaset metrów dalej jest cmentarz ewangelicki. Pochowają ich wśród swoich, godnie. Kłują szpadlami zmarzniętą ziemię. Obok nagrobki dawnych sąsiadów ze wsi: Primasów, Marquardtów, Lüdtke. Tu niemieckim żołnierzom będzie spocząć dobrze.
72 lata później
Historię wsi, ludzi i zbrodni kryje ściana bzu. Cmentarz w polskim już Gołuninie obok Wierzyc w gminie Pobiedziska jest zarośnięty. Odwiedza go dr Karol Górski, który wakacje spędzał tutaj u babci Balbiny Napierały i wuja Franciszka. Historię haniebnej egzekucji zna od 50 lat z ust rodziny i mieszkańców wsi. „Dawna historia, była wojna” mógłby ktoś pomyśleć. Jednak Karola Górskiego ta niedokończona historia męczy. Należy się zmarłym nazwanie ich, przywrócenie historii, leżą na obcej ziemi zakryci kwitnącym w maju bzem. Minęły 72 takie zakwitnięcia, a oni bezimiennie leżą przykryci ziemią. Polska tradycja szanowania zmarłych nie pozwala na takie zapomnienie. Górski kontaktuje się z Arturem Wardęckim, gnieźnieńskim poszukiwaczem zapomnianych historii. Ten powiadamia przyjaciół z fundacji „Pomost” zajmującej się przywracaniem do zbiorowej świadomości zaginionych i zabitych niemieckich żołnierzy leżących w zapomnianych mogiłach na obcej ziemi. O pomoc nie trzeba zabiegać. Mieszkańcy wsi Gołunin oraz Artur Wardęcki z grupą przyjaciół z Wielkopolskiej Grupy Eksploracyjno – Historycznej „Gniazdo” stawiają się na cmentarzu. Trwa wycinka zarośli, chaszczy. Każda ucięta gałąź zbliża do odkrycia i zakończenia tej historii sprzed 72 lat; 27 kwietnia 2017 roku trwa pierwsza próba sondażowych wykopów. Trochę po omacku archeolodzy z „Pomostu” przekopywali ostrożnie dawną nekropolię. Długi czas bez skutku. Ustne przekazy nie były do końca jasne, w którym miejscu pochowano żołnierzy. Gdzie kiedyś była cmentarna brama? Mieli leżeć obok drzewa, ale którego? Może przewróciło się? – Przygotowania do ekshumacji to kilka lat wytężonej pracy – mówi Adam Białas z pracowni „Pomost”. – Przede wszystkim uzyskanie zgody Instytutu Pamięci Narodowej, ale także zebranie wszelkich informacji, wiedzy historycznej ze źródeł i od świadków. Udało nam się dotrzeć do Franciszka Napierały, który zna historię pochówku od swojej rodziny. Tych grobów nie ma. Nie są zaznaczone, to trochę takie mogiły widmo, przecież ich pochowanie miało także wymiar sanitarny, stąd chowano zmarłych szybko. Groby takie nie były znaczone, więc praca nasza jest wykonywana ostrożnie, a utrudnieniem jest to, że pracujemy na cmentarzu wśród innych zwłok. Chcemy przywrócić im tożsamość, bo być może ktoś na nich czeka, gdzieś urywa się historia jakiejś rodziny, my chcemy ją spoić – zapewnia.
Pierwszy dzień prac na cmentarzu prawie nie przyniósł rezultatów. Wykopy sondażowe nie dały oczekiwanych efektów. Każda pełna ziemi łyżka koparki przyciągała wzrok zebranych – może właśnie ten ruch koparki odkryje tę historię? Dopiero po około siedmiu godzinach prac i rozmowie z przykutym podeszłym wiekiem do łóżka Franciszkiem Napierałą, który naniósł na szkic cmentarza miejsce pochówku, ukazała się wojskowa menażka. Od tego czasu wszyscy zebrani wiedzieli, że zakończenie tej historii stoi otworem. Kontynuacja prac miała miejsce 5 maja. Odkryto zwłoki 12 żołnierzy ułożonych „na zakładkę”. – Zostali wkopani we wcześniejsze pochówki cmentarne, jeden z żołnierzy ułożony jest na trumnie innego zmarłego. Część z tych żołnierzy uda nam się zidentyfikować, gdyż znaleźliśmy sześć „nieśmiertelników” z danymi identyfikacyjnymi żołnierza. Po ekshumacji szczątki trafią do kostnicy na cmentarzu Miłostowskim w Poznaniu i zostaną pochowane w październiku tego roku – informuje o dalszym losie szczątek Maksymilian Frąckowiak, archeolog. Wśród czaszek z otworami po pociskach archeolodzy znaleźli guziki, monety, fragmenty czapek i płaszczy, przestrzeloną menażkę oraz obrączkę. Jeden z żołnierzy miał na nogach wiązane buty. W zasadzie zmarli leżeli w spokojnych pozach, tylko szkielet jednego żołnierza, jak wynika z oględzin – oficera (znaleziono przy nim pagon z gwiazdką) zrobił na wszystkich bardzo emocjonalne wrażenie. Leżał on na trumnie z dawnego pochówku, a jego uniesione ręce i zastygła w krzyku głowa przywróciła obraz okrucieństwa samej egzekucji i istoty bezsensu wojny w ogóle. Kawałek historii został uporządkowany, a części bezimiennych ofiar wojny przywrócono godność. Fundacja „Pomost” apeluje do czytelników o zgłaszanie miejsc i historii o bezimiennych mogiłach żołnierzy niemieckich. Każda informacja jest ważna. Z fundacją można się kontaktować przez internet lub przez naszą redakcję. Autor artykułu dziękuje za pomoc przy jego tworzeniu dr Karolowi Górskiemu, z którego notatek korzystałem oraz Adamowi Stołowskiemu, sołtysowi wsi Gołunin, Arturowi Wardęckiemu, Markowi Cieślakowi oraz fundacji „Pomost” za przychylność i umożliwienie uczestniczenia w ekshumacji.
ALEKSANDER KARWOWSKI