Gdy śmierć osoby bliskiej daje życie przedmiotom pozostałym po jego istnieniu. Książki Marcina Wichy na scenie Fredry

Śmierć rodzica – osoby najbliższej, to zmierzenie się z pamiątkami po nim. To także wieczory spędzone na segregowaniu, dotykaniu tych wszystkich zebranych przez niego rzeczy. Biorąc te przedmioty, dotykamy tej osoby; przywołujemy pamięć o niej. To specyficzna personifikacja przedmiotów, które choć martwe – mówią do nas wspomnieniami i żyją własnym życiem. Teatr Fredry zainspirowany ostatnimi, obsypanymi nagrodami powieściami Marcina Wichy, spróbował wziąć z nich istotę przemijania i zarazem życia i w formie eksperymentalnej skonfrontować je z pamięcią trójki mieszkańców Gniezna. „Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy” – od lutego na deskach Fredry.
Wstęp: „To jest historia o rzeczach. I jeszcze o gadaniu. Czyli – o słowach i przedmiotach. Jest to także książka o mojej matce i z tego powodu nie będzie zbyt wesoła” – tak rozpoczął niespełna dwa lata temu swoją bestsellerową książkę Marcin Wicha. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” przyniosła mu prestiż i uwielbienie całej czytelniczej Polski, a także Paszport Polityki, dwie nagrody NIKE i nagrodę Gombrowicza. Zaskakująco jak na debiut i dotychczasowe uznanie jego osoby „zaledwie” jako grafika i projektanta. Później wydał również szeroko uznane „Jak przestałem kochać design”. Taka przychylność, jaką obdarzył go literacki świat, stworzyła presję na przetransformowanie tych książek na język sceniczny. Jak przyznał sam M. Wicha – który spędził kilka okołopremierowych dni w Gnieźnie – zainteresowanie uzyskaniem praw do wystawienia sztuki na kanwie jego książek było całkiem duże, jednak zaufał właśnie Teatrowi Fredry i reżyserce młodszego pokolenia – Magdzie Szpecht. Po premierze zawiedzie się jednak ten widz teatralny, który liczył na w pełni dramaturgiczne wystawienie sztuki. Jest to zadanie trudne (choć oczywiście nie niemożliwe) z racji samej składni opowieści snutej w książce, łamanej wieloma krótkimi opowiastkami. W dodatku te opowieści prowadzone są dwoma wątkami – słowa i przedmiotu. Realizatorzy gnieźnieńskiej sztuki postawili na ten drugi wątek i do jego zaprezentowania publiczności wybrali sztukę koncepcyjną, performatywną. W zamyśle postanowiono podjąć dialog z przedmiotami po rodzicach, a zaprosić do tych wyznań troje gnieźnian, studentów Gnieźnieńskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. – To nasz kolejny eksperyment teatralny i zarazem instalacja, działanie performatywne, ale jest to spektakl bardzo ciekawy, zwłaszcza dla mieszkańców Gniezna – przyznaje Joanna Nowak, dyrektorka Teatru Fredry. – Ten spektakl jest o tym, że w pewnym momencie po ludziach zostają tylko rzeczy. Istotne jest, jak te rzeczy zapamiętują tych ludzi, ile w tych z pozoru martwych przedmiotach jest życia i przeszłości tych najbliższych nam osób. Opowiadamy o ludziach, którzy odeszli, właśnie językiem przedmiotów i rzeczy, które po sobie pozostawili. O tym właśnie traktuje książka M. Wichy, która powstała po śmierci jego matki, kiedy był zmuszony do porządkowania jej mieszkania z rzeczy, których część się wyrzuca, a część nie – dopowiada.
*Wicha zwerbalizował to, co czuje każdy z nas*
Temat książki „Rzeczy, których…” jest nośny i nowatorski, o czym mówili sami widzowie spektaklu tuż po spotkaniu autorskim z pisarzem. Przyznali, że każdy z tematem skonfrontowania się z ładunkiem emocjonalnym rzeczy po bliskim zmarłym się zmagał, jednak brakowało tak sprawnego przełożenia tego stanu emocji w kulturze. Autorowi się udało. Szkoda jednak, że nie został on w pełni wykorzystany w tej sztuce, jednak usprawiedliwia to podjęcie działania stylistycznie nowatorskiego i włączenie w niego trzech aktorów amatorów. Patenty wykorzystywane w sztuce są dość proste i łatwe do przewidzenia, mimo to sztuka może się sprawnie obronić. Wszak nie jest to adaptacja książki (choć jej fragmenty są wyczytywane), a jedynie inspiracja książką. Aktorzy mówią o nieżyjących rodzicach za sprawą przedmiotów po nich. Ten zabieg tłumaczy dramaturg spektaklu Łukasz Wojtysko. – Chcieliśmy potraktować te teksty Wichy jako partyturę do poszukiwania historii, razem z zaproszonymi przez nas gośćmi, którzy również opowiadają o przedmiotach, które pozostały po ich rodzicach. W związku z tym, że jesteśmy w Gnieźnie, to te historie dotyczą bardzo konkretnych miejsc związanych z tym miastem albo jego okolicami. Ten dokumentalny charakter był dla nas bardzo ważny, by te historie dla mieszkańców miasta były rozpoznawalne – zauważa. Magda Szpecht, reżyserka spektaklu, dopowiada jeszcze: – Najważniejszym dla mnie gestem, który wykonujemy wobec książek Marcina Wichy, jest zaproszenie naszych gościnnych aktorów seniorów, którzy swoimi historiami powtarzają gest Marcina Wichy. W spektaklu, oprócz tekstów z książek „Jak przestałem kochać design” oraz „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, pojawiają się ich historie, których wysłuchujemy w nietypowym otoczeniu; nie w tradycyjny sposób, w jaki robi się to w teatrze dokumentalnym. Te wszystkie historie są przez nas przepracowywane, rozbrajane i przetwarzane na sytuacje mogące wydawać się abstrakcyjnymi, ale ta abstrakcyjność ma na celu stworzenie świata autonomicznego wobec rzeczywistości; takiego, w którym obserwujemy grupę bohaterów i ich działania rządzące się innymi prawami.
*Zamiast podziału: widownia-scena, wspólne popołudnie w mieszkalnym pokoju*
Atmosfera spektaklu jest intymna. Widzowie zostają wprowadzeni do mieszkania zmarłego. Siadają na poduchach. Aktorzy krążą wokoło. Prowadzą dialog z przedmiotami. Niektóre wywołują ból, inne śmiech. Niektórymi się bawią, a inne pieszczą. Każde z nich to jednak nie przedmiot. To pamięć. Pozbyć się? Zostawić? Czy z przedmiotem nie wyrzucimy pamięci? Czy zachowując przedmiot zachowamy pamięć? A może łatwiej to wyprzeć? – takie wątpliwości targają aktorami. Jest tu miejsce na śmiech i dialogi z widzami. Dom po zmarłym żyje, toczą się dyskusje. Otoczeni przedmiotami zaczynamy budować z nich konstrukcje. Biorąc rzecz do ręki uruchamiamy lawinę wspomnień; gorącą, jak lawa płynąca z jądra ziemi. Czasami przedmiot jest zimny, wspomnienia z nim nie są radosne, zatem wyrzucamy do śmieci. Przedmiotów jest wiele. Niektóre wyglądają jak badane w laboratorium. – W naszej przestrzeni wykorzystujemy przedmioty, często nasze prywatne rzeczy, a częściowo z teatralnego magazynu. Przedmioty tworzą ze sobą relacje, a te relacje mogą opowiadać historie. Dla całej sfery przestrzeni staraliśmy się znaleźć trochę inny język teatralny, trochę inną przestrzeń, która pozwoli nam zbudować relację z widzami, bowiem zostają oni wciągnięci na różnych poziomach – zwraca uwagę Michał Korchowiec, scenograf.
Książki Marcina Wichy są z pewnością dobrym punktem wyjścia do ujęcia ich poetyki i problematyki, do zbudowania dużej formy scenicznej. Na to jeszcze przyjdzie czas. Widzowie, którzy z twórczością Wichy nie mieli dotychczas do czynienia, przyjęli sztukę przychylnie. Ci, którzy są już po lekturach nagradzanych książek, mogli poczuć niedosyt tylko w części wykorzystanym bogactwem obu książek. Jednak i jedni i drudzy, nie powinni mieć podstaw do zawodu. Sztuka jest pewnym eksperymentem. – To pewna opowieść o naszych rodzicach. Forma sceniczna z kolei, jest bardzo współczesna i eksperymentalna. Stworzono tu niezwykłą sferę wizualną i dźwiękową, która jest językiem nowoczesnego teatru. Sama przestrzeń dla widzów jest niekonwencjonalna – przypomina Joanna Nowak. Samemu Marcinowi Wisze, sztuka bardzo się podobała, co kilkukrotnie podkreślał w spotkaniu autorskim, które miało miejsce 2 lutego po spektaklu. Jak przyznał, było to dla niego bardzo interesujące wyzwanie i możliwość poznania innej wizji tego, co młodzi autorzy spektaklu odkryli w jego książkach. Sięgnięciem po ubiegłorocznego laureata nagrody NIKE, czyli literaturę współczesną, jeszcze nie do końca „przetrawioną” przez czas – Teatr Fredry ustawił swoje aspiracje do podejmowania tematów jeszcze nie podjętych w innych ośrodkach teatralnych. Jako ogólnopolska prapremiera, już na zawsze to wydarzenie sceniczne będzie pewną busolą dla innych twórców, którzy sięgną po teksty Wichy w przyszłości. To duża brawura, ale i potwierdzenie, że toczący się Teatr Fredry nie obrasta mchem, a tego wszyscy sobie chyba życzą. Kolejne życzenie? Plany kolejnego sięgnięcia po współczesnych twórców literatury i tym samym rozszerzanie przestrzeni dla dyskusji teatralnej. ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Dawid Stube