Shadow

Gdy społeczeństwo kreuje wroga, by przykryć nim grzechy i słabości własnego sumienia

Po ponad trzech miesiącach od pierwotnej daty premiery – choć w rygorze zachowania bezpieczeństwa sanitarnego – udało się w końcu „dograć” do końca ten niecodzienny sezon artystyczny w Teatrze Fredry w Gnieźnie. „I tak nikt mi nie uwierzy” w reż. Wiktora Rubina, to stanowczy głos sprzeciwu wobec prób uprzedmiotawiania kobiet i pogardy dla mniejszości. Sztuka odnosi się wprost do klimatu społecznego, jaki mamy obecnie w kraju – choć jak obrazuje to reżyser – ten stan trwa w społeczeństwie od lat.
Początkowo prapremiera nowej sztuki wyreżyserowanej dla Teatru im. Aleksandra Fredry miała się odbyć 14 marca, jednak „zamrożenie” działalności instytucji kultury (podobnie jak to miało miejsce w innych sferach życia społecznego kraju), przesunęła to wydarzenia w nieokreśloną przyszłość. Ona nadeszła w miarę prędko, bo już 19 czerwca teatr mógł na powrót zaprosić widzów w swoje progi, choć w ograniczonym zakresie przez obostrzenia związane z ciągle obowiązującym stanem zagrożenia epidemiologicznego. Mimo to, radość z grania dla (ograniczonej z powodu przepisów) publiczności, była osłodą trudnych dla kultury ostatnich miesięcy. – Nasz nowy spektakl napisany i wyreżyserowany specjalnie dla naszego teatru, mówi o kobiecie. Mówi o tym, że prawda kobiety i prawda o jej życiu, czasami bywa nieakceptowana przez społeczeństwo, bez względu z jakimi traumami i problemami kobieta się zmaga – mówi Joanna Nowak, szefowa gnieźnieńskiego teatru. Jak dodaje, głos kobiet dawniej, ale i dziś – jest niesłyszalny, pomijany, celowo ignorowany. Ten problem tkwi cały czas i tylko mocne kampanie społeczne rzucają na niego światło, choćby protesty „czarnych parasolek” w Polsce czy międzynarodowy już ruch #metoo.
Kanwą po którą sięgnęli twórcy spektaklu jest historia ostatniej spalonej w Europie na stosie czarownicy – Barbary Zdunk, której egzekucja stała się wydarzeniem prawdopodobnie podszytym fałszem, lękiem, strachem, wyrzutami sumienia całego ówczesnego społeczeństwa. – To wręcz niewiarygodne, że społeczeństwo potrafiło kobietę, która nie pasowała do norm i zasad, jako obcą i inną potraktować jako czarownicę. Tą sztuką chcemy mówić o nieakceptowalności innych. Bo za zło świata, często były obwiniane kobiety i to dzieje się także teraz – zauważa J. Nowak.
*Poszukiwania „kozła ofiarnego”*
Jak mówi Jolanta Janiczak, która napisała tekst do spektaklu, by zrozumieć teraźniejszość, warto czerpać z historii. – Te procesy o czary, ten duży fragment ludobójstwa, są często pomijane w historii. Ale to one ukształtowały model „kozła ofiarnego”. To dla mnie o tyle ciekawe, że dziś ten proces „polowania na czarownice” zapożyczyli sobie mężczyźni, którzy przy okazji ujawniania takich sytuacji jak #metoo, tych przestępstw, „przechwycili” sobie, że to oni są czarownicami, na które polują złe kobiety, feministki itd. To ciekawe, jak łatwo przejąć ten zwrot – zwraca uwagę. To, co szczególnie ją zaciekawiło w korelacji przeszłości z teraźniejszością w tej historii, to same procesy sądowe. Narracja w nich jest ciągle taka sama i zupełnie niesprawiedliwa. – W procesach o gwałt kobiety są od razu postrzegane jako te, które kłamią – mówi Janiczak. Przygotowując tekst przeglądała relacje sądowe z różnych procesów sądowych. – Wszędzie tak samo rozmawia się z ofiarami, oczekuje się od nich dokładnych relacji, spójnych wypowiedzi, a sam proces opowiadania jest znowu powrotem do tego wydarzenia. Tu pojawia się pamięć w traumie, o czymś czego człowiek nie chce powtórnie przeżyć – dodaje. Nie sprzyjają Barbarze Zdunk także inne „obciążające” ją okoliczności: sieroctwo, niska klasa społeczna, nadużywanie jej cielesności przez innych, jej prawdopodobne zaburzenia osobowościowe.
O mozole pracy nad akurat tą postacią, mówi Wiktor Rubin, reżyser: – Z tej historii zostały strzępy faktu, strzępy pamięci. Nie bez znaczenia jest, że strażnikami tej historii byli przez lata mężczyźni. To oni zarządzali tymi archiwami, tą pamięcią. Ten jej obraz napisali właściwie właśnie oni. Jak mówi, te procesy o czary w nie tak znowu dawnych czasach, były wręcz bestialskie.- Kiedy myślimy o czarownicach nie myślimy o tym, że przez rok życie tej kobiety jest wystawione na pokaz, że staje się obiektem społecznym wytykanym palcem, który badamy, dotykamy, zaglądamy w miejsca, gdzie zaglądać nie wolno – przestrzega. Tą bez wątpienia trudną rolą, debiutuje w teatrze jako główna aktorka Karolina Staniec. Jak przyznała w przedpremierowej rozmowie z dziennikarzami, trzymiesięczny okres zawieszenia działalności scenicznej wpłynął na nią mobilizująco, by wcielić się w rolę Barbary Zdunk. – Jestem bardzo mocno zmobilizowana, by to przedstawić, zagrać i tym samym opowiedzieć jej historię. Jeszcze takiego napędu w sobie nie miałam – przyznała tuż przed pierwszym oficjalnym pokazem. Jak zaznacza, w jej ocenie to sztuka ważna dla wszystkich. – To nie tylko historia gwałtu, ale ludzi np. porzuconych przez rodziców. Każdy tu może znaleźć cząstkę tego, co go poruszy. Teatr ma wspaniałe znaczenie. Dla mnie jest lepszy niż film, który choć rządzi się swoimi prawami, ale ma inny przekaźnik treści. W teatrze mam możliwość obcowania z widzem. Można poczuć jego energię, która ma na mnie wpływ – podkreśla.
Przesunięta prapremiera „I tak nikt mi nie uwierzy” to już ostatnie 3 spektakle w tym sezonie artystycznym. Nowy sezon zacznie się tym razem trochę wcześniej. Jak zapowiadają władze Teatru Fredry, już pod koniec sierpnia powróci na scenę „Krótka rozmowa ze Śmiercią” w reż. Marcina Libera. ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Dawid Stube