Shadow

Najstarsza mieszkanka gminy Kiszkowo ma 98 lat

98. urodziny obchodziła 17 lutego Józefa Nowicka ze Skrzetuszewa, najstarsza mieszkanka gminy Kiszkowo. Jubilatkę z okazji jej święta odwiedził wójt Gminy Kiszkowo Tadeusz Bąkowski, zastępca kierownika USC Alicja Kuśmierz oraz pracownik OPS Wiesława Winiecka.
Nasza wizyta związana jest z tym, że dzisiaj ma pani kolejny, piękny jubileusz 98. urodzin – powiedział wójt Tadeusz Bąkowski i dodał: – Chciałbym także podkreślić, że jest pani najstarszą mieszanką naszej gminy. Z niecierpliwością oczekujemy tych urodzin naszych najstarszych mieszkańców. Dla nas ważni są ci, którzy mogą przekazać najlepsze wartości. Czasami mówimy, że to jest jeszcze materiał przedwojenny, dlatego tak dobrze się trzyma. Ludzie musieli dużo i ciężko pracować, są hardzi, twardzi. Dlatego zdolni są, aby przetrwać te czasy, które niby łatwiejsze, ale też trudne. Jesteśmy tutaj z życzeniami od władz gminy, od pracowników i wszystkich mieszkańców. Bardzo się cieszymy, że mogliśmy panią odwiedzić i zastać ją w tak dobrym zdrowiu. Życzymy zdrowia i kolejnych jubileuszy. – Urodziłam się 17 lutego 1920 w Cleveland w Ohio w USA. Gdy miałam 2 lata moi rodzice zamieszkali w Skrzetuszewie – zaczęła swą opowieść dostojna Jubilatka i kontynuowała: – Mieszkaliśmy tu szczęśliwie do września 1940 roku. Pamiętam to jak dziś. Była sobota. Do Skrzetuszewa wkroczyli Niemcy, aby nas wysiedlić. Krzyczeli „Raus, weg!”, co oznaczało „na zewnątrz, precz, wynocha”! Niemcy zajmują Polskę. Będziecie pracować, nic wam się nie stanie. Zabierali broń i konie. Przed wysiedleniem w naszej wsi mieszkało bardzo dużo Niemców. Z większością mieszkańcy utrzymywali sąsiedzkie stosunki. Nasz sąsiad pan Baumung ostrzegł nas, kiedy Niemcy mogą wkroczyć na nasze tereny. Mama z bratem zdążyła wyjechać do Gniezna. Drugi brat był w Poznaniu w szpitalu. Wyjechałam więc z ojcem. Najpierw zawieźli nas do Kiszkowa, skąd udaliśmy się do Łodzi. Wywieźli nas do jakiejś starej fabryki, zrobili nam rewizję. Dali czarny chleb z wodą. W nocy pojechaliśmy pociągiem do Chełma Lubelskiego. Pod eskortą Niemców udaliśmy się do łagrów – były to obozy dla wysiedleńców. W Chemie były łaźnie. Mogliśmy się wykąpać. Spaliśmy na podłodze. Bez poduszek i nakrycia. Na śniadanie dostaliśmy chleb z marmoladą i czarną kawę, na obiad była zupa, a na kolację znów czarny chleb z marmoladą. Ludzie mieli przyznane gospodarstwa, na których zostawali. Ze względu na złe zdrowie ojca, udaliśmy się do naszej rodziny w miejscowości Pogwizdów w powiecie rzeszowskim. Miałam wtedy dwadzieścia lat. Na początku pomagałam wujkowi w gospodarstwie, a w późniejszym czasie pracowałam w niemieckiej kuchni. Pamiętam, że mój brat, który został w szpitalu w Poznaniu, zmarł po kilku miesiącach walki z chorobą. To był maj 1941 roku. Mój ojciec nie mógł być nawet na jego pogrzebie, ponieważ dojechał tylko do Krakowa i został cofnięty. Mama z moim drugim bratem dojechała do nas dopiero w 1943 roku. Na ziemie obecnej Wielkopolski wkroczyli Rosjanie. Niemcy zaczęli uciekać, a wysiedleni ludzie powracać na swoje gospodarstwa. Po pięciu długich latach, wróciliśmy do swojego domu. Podróż pociągiem towarowym trwała długo. Dom był ogołocony ze wszystkiego, ale najważniejsze, że był. Zaczęliśmy od nowa budować w nim nasze życie. Było to straszne przeżycie i już na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Najgorsza była rozłąka z rodziną i to, że nikt z nas nie wiedział dokąd jedziemy, ani co się z nami stanie.Po wojnie także nie miałam łatwego życia. Trzynaście lat po ślubie zmarł mój mąż. Pozostałam na gospodarstwie sama z dziećmi. Pomagał mi ojciec. (…) Mam czwórkę dzieci: Krysię, Terenię, Stasia i Tadzia. Ponadto mam 15 wnuków i 24 prawnuków. Chciałabym doczekać praprawnuka. Pani Józefa obecnie mieszka z córką Krystyną i jej mężem Józefem oraz wnuczką Iwoną i jej rodziną. Jak na swój wiek Jubilatka cieszy się dobrym zdrowiem i niezłą pamięcią.
Tekst i fot. Anna Frąckowiak