Shadow

Ostatni taki lot z lotniska, które już nie istnieje…

W tym roku przypada 60. rocznica wyszkolenia pierwszego rocznika uczniów pilotów w Szkole Szybowcowej Gniezno-Nałęcz, będącej wówczas filią Aeroklubu Poznańskiego. Dziś po siedzibie szkoły nie ma już śladu, a w miejscu lotniska nie wznoszą się już powabne szybowce, a betonowe mury osiedla. Choć okoliczności doby ogólnoświatowej pandemii nie pozwolą w tym roku na okazałe świętowanie pięknej rocznicy, to warto wspomnieć ostatni lot z Nałęcza, który odbył się zaledwie 5 lat temu. Był on hołdem dla marzeń tych, którzy pod Gnieznem realizowali odwieczne marzenia człowieka o „dotknięciu” nieba i posmakowaniu wolności znanej ptakom.
Dlaczego lotnisko nazywano Nałęcz? Jak wyjaśnia Krzysztof Borowiak, pasjonat lotnictwa i niestrudzony propagator i historyk gnieźnieńskiego jej wycinka dziejów, od pobliskiego gospodarstwa, które już na pruskich mapach taką nazwą było podpisywane. Brzmi dostojnie, bowiem ród Nałęcz legitymizuje się jednym z najstarszych herbów w Polsce, a takim posługiwało się wiele wybitnych postaci. Także właściciele ziemscy, m.in. dawnych terenów na których w 1946 roku grupa entuzjastów z Gniezna wytyczyła lotnisko. Choć dziś byśmy zapewne powiedzieli, że lotnisko było w Gębarzewie lub Cielimowie, to jednak nierozerwalnie jest ono łączone z używaną od zawsze nazwą. Lotnisko aktywnie funkcjonowało do 1964 roku. Później było wykorzystywane incydentalnie (miało także hangar o powierzchni 320 m kw., budynek administracyjny z salą wykładową, pomieszczeniami noclegowymi dla 30 kandydatów na pilotów oraz zaplecze gospodarcze wraz z drogami dojazdowymi. Autorem projektu zagospodarowania był ówczesny architekt miejski – Kazimierz Soja). Pamiętnych chwil ten obszar był świadkiem w 1979 roku, czyli w trakcie lądowania tu papieża Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki do rodzinnego kraju. Lotnisko było już wówczas wojskowym poligonem, a następnie zarządzały nim Lasy Państwowe.
Grono entuzjastów latania i gnieźnieńskiej historii lotnictwa, organizowało tu także pikniki lotnicze, mające być namacalnym świadectwem dawnych chwil świetności Lotniska Sportowo – Sanitarnego Gniezno – Nałęcz. Właśnie na tym polu w 2015 roku rozłożono ogromną postać balonu, która po kilku chwilach, unosząc się, ponownie przywiodła na myśl historię tego miejsca i wspomnienie gwaru rozradowanych miłośników latania sprzed 55 lat.
Ostatni taki lot w historii…
„Naszym marzeniem jest, aby przyjść kiedyś do tej lotniskowej kawiarenki i usłyszeć jak przy stoliku młodzi szybownicy rozmawiają o wykonanych przelotach, cumulusach i zaliczonych zadaniach” – tak zwyczajnie w wywiadzie dla kultowego czasopisma lotniczego „Skrzydlata Polska” przed pół wieku w imieniu swoim oraz Ludwika Szajdy i Czesława Czerniejewskiego wypowiadał się gnieźnieński architekt, projektant m.in. infrastruktury lotniska, pilot szybowcowy Kazimierz Soja – wspomina w rozmowie ze mną Krzysztof Borowiak. To właśnie on w 2015 roku wraz z dyrekcją Aeroklubu Poznańskiego im. Wandy Modlibowskiej, Klubem Seniorów Lotnictwa AP i Sekcją Balonową AP wskrzesili pamięć działaczy, instruktorów i orlików skupionych przed laty w tej lotniczej kuźni szybowcowej, upamiętniając to startem balonu z pola wzlotów byłego lotniska. – Piękny poranek, lazurowe niebo z pierwszymi nieśmiałymi akcentami ledwie przebudzonego błękitu. Na polu rozłożona czasza budzącego się do życia balonu o pojemności 2200 m sześciennych SP-BCI „LECH”. Leżąc na boku pęcznieje od gorącego powietrza wdmuchiwanego do jego wnętrza. Z każdą minutą robi się coraz większy, aż wreszcie nadymał się, westchnął, wstał i zakołysał w bezwietrznym powietrzu dając znak, że jest gotowy do lotu. Startujemy skoro świt zamustrowani w wiklinowym koszu, podczepionym pod aerostat w towarzystwie czterech butli z błękitnym paliwem. Pełna moc miotaczy ognia i bezszelestnie imponujące w swej objętości cielsko balonu unosi się z wolna w górę – wraca do tego momentu sprzed pięciu lat wspominając K. Borowiak.
Oczami wyobraźni widzi na płycie lotniska dwumiejscowe szkolne szybowce „Czaple”, „Muchę 100”, wyczynowego dwumiejscowego „Bociana”, czy nawet kukuruźnika, który holował te maszyny. – I komu to przeszkadzało i zawadzało? Nie ma już śladu po pawilonie hotelowo – dydaktycznym i owej kawiarence, gdzie pan Kazimierz z kolegami snuł lotnicze plany o potędze lotniczego piastowskiego grodu – rozkłada ręce K. Borowiak. Lotnikom w ich podniebnej podróży towarzyszy przez pewien moment para jastrzębi. Sterowany przez doświadczonego pilota Michała Mikułę balon, wznosi się na wysokość ok. 200 metrów. – Rozglądam się dookoła. Przecieram ze zdumienia oczy. Nasza „mała ojczyzna” wygląda jak jedno wielkie zdjęcie z katalogu, do którego artysta fotografik przygotował specjalną scenerię sesji zdjęciowej. To jednak nie zdjęcia wirtualnego świata – to najprawdziwsza prawda widziana w realu – snuje opowieść świadek tamtego dnia. Balon przeleciał nad osiedlem Skiereszewo, minął ulicę Poznańską oraz wstęgę trasy S5. – Godzinny lot dobiega końca, jeszcze twarde przyziemienie w okolicy miejscowości Obora. Czasza balonu „gaśnie”. Prawdziwa włóczęga duchowa się zakończyła. Emocje pozostaną na osobistą wyłączność – zapewnia.
Choć krótki lot, to symboli było w nim niezwykle dużo. To niezwyczajny widok, kiedy ogromny cień balonu pokrywa miasto i przesuwa się po jego budynkach, chodnikach i ulicach. Dziś nad Gnieznem przesuwają się tylko samoloty wojskowe z nieodległej bazy w Powidzu. Jeszcze 60 lat temu cicho i malowniczo latały szybowce. Teraz to tylko wspomnienie. W miejscu lotniska wśród drzew powstaje osiedle mieszkaniowe. – Całkiem miło byłoby, gdyby widniała tam dumna nazwa „awiatorów”, jako pamięci o dziedzictwie tego miejsca – rozmarza się Krzysztof Borowiak. Całemu przedsięwzięciu – jako ostatniemu lotowi w historii z lotniska Gniezno-Nałęcz – patronowała nasza redakcja oraz Radia Gniezno. ALEKSANDER KARWOWSKI