Shadow

Oswajanie śmierci groteską, według przepisu Marcina Libera

Epatowanie brzydactwem śmierci, nikczemnym rytuałem pogrzebu, lękom odwiecznym przed tym co nastąpi i czego zatrzymać nie możemy, bólom, błaganiom, bluźnierstwom lub modłom. Tego w „Krótkiej rozmowie ze Śmiercią” w reżyserii Marcina Libera nie zobaczymy. Kto uda się na nowy, głośny spektakl w Teatrze Fredry, by przerazić się na serio i sprowadzić na ziemię w lęku i pokucie bolesnej – będzie musiał odszukać dawne pisma straszące ostatecznością. Natomiast jeśli widzu szukasz w temacie niechybnej śmierci ukojenia przez oswojenie i groteskę, biegnij do teatru. Uczta nagrobna czeka cię wyśmienita.
Będzie głośno, będzie zwariowanie, będzie szalenie – mówili mi ci, co usłyszawszy, że reżyser Marcin Liber wraca do Gniezna po swojej poprzedniej realizacji tutaj („Szajbie”), w wyczekiwaniu szukali pierwszych zdjęć z prób do spektaklu. Sam plakat zapowiadający premierę już ciekawił wielu. Dwa kościotrupy rozrywający katedrę ciągnąc za wieże, aż zarysowuje się wyraźny trzask i huk. Do tego wieść, że muzykę do spektaklu na żywo będzie grać duet Nagrobki (jeden z najbardziej docenianych zespołów gitarowej sceny niezależnej w Polsce ostatnich lat), to już był przepis na coś ciekawego. Kolejna zachęta, to fakt, że Liber wraz z dramaturgiem Jarosławem Murawskim sięgną po klasyki „trupiej” literatury, tj. „Rozmowy Mistrza Polikarpia ze Śmiercią” i „Krótkiej rozprawy między trzema osobami: Panem, Wójtem a Plebanem” – to już był zapalnik. Prawdziwym zaskoczeniem było wykorzystanie odkrycia prof. Wiesława Wydry z 2018 roku, który w bibliotece Uniwersytetu Erlangen – Norymberga odnalazł pełny tekst utworu „Rozmów…”. Zapowiadała się więc chyba pierwsza w Polskim teatrze całościowa niemal realizacja szesnastowiecznego dzieła. Już przed premierą Joanna Nowak, dyrektorka Teatru im. A. Fredry w Gnieźnie, nie kryła, że liczy na podobny szok, jaki wywołał ponad 2 lata temu Liber wystawiając tu „Szajbę”.
Temat śmierci, to dobry pretekst by spotkać się z Nagrobkami
Tekst spektaklu jest brany z oryginału, pisanego wierszem, co wymaga od widza skupienia, bowiem akcenty w słowach pisanych wierszem są kładzione często w innych miejscach, jednak zabieg ten jest słuszny. Oderwanie oryginalnego tekstu od kontekstu i przepisanie go „przystępniejszym” językiem, odarłoby spektakl od tego szesnastowiecznego klimatu obcowania ze śmiercią. Byłaby to w zasadzie sztuka dość luźno nawiązująca do dzieł Mikołaja z Mierzyńca i Mikołaja Reja, a jednak Liber bierze z ich tworów wszystko i idzie na całość, dorzucając na obkład sztuki opowiastkę o Śmierci-kumie zaproszonej przez chłopa na chrzciny. To właśnie ukłon w stronę odkrycia prof. Wydry, co zresztą podkreśla sam J. Murawski – wymieniając ten tekst jako jedną z inspiracji do zajęcia się tą sztuką. – No i szukałem okazji, by móc pracować z zespołem Nagrobki – rzucił na przedpremierowej konferencji prasowej Liber, śmiejąc się, ale z pewnością racja leży po stronie zespołu i reżysera, bo do takiej współpracy musiało dojść (raczej prędzej niż później), a estetyka twórczości Nagrobków i tematyka spektaklu zazębiają się jak metalowe kleszcze. Poza tym Nagrobki mają już dość solidne doświadczenie z tworzeniem muzyki teatralnej, co obiecywało wymierną i dobrą pracę.
I tak jest w istocie. Muzycy przez cały spektakl grają na żywo w tle, będąc jakby muzycznymi narratorami, piewcami tej opowieści. Inicjowane przez nich piosenki, czy opracowania muzyczne wywołują ruch aktorów na scenie. Robią to wybornie, zgodnie z tym, do czego już przyzwyczaili słuchaczy. Głównie zawiłym niekiedy suspensem tekstów, groteską, czarnym humorem. Choć większość spektaklu opierają na już dokonanych wcześniej przez siebie dziełach, które wpasowały się w grę aktorską wręcz wprost, to dodali jeszcze dodatkowe nowe kompozycje (świetna gra Adama Witkowskiego na stole prosektoryjnym). Nagrobki to z pewnością mocny punkt wydarzenia, ale nie można tu nie wyróżnić czterech Śmierci, granych przez Kamilę Banasiak, Zuzannę Czerniejewską, Martynę Rozwadowską i Joanną Żurawską. Ich brawurowa gra, śpiew ludyczny, zadziorność i pewność siebie (wszak dlaczego Śmierć nie miałaby być pewna siebie? To ona włada światem i czeka na każdego), wciągają w grę Mistrza i Kmotra młodego (Paweł Dobek), który grę podejmuje, z zaciekawienia spotkania i igrców z tą ostatecznością (czy da się ją przechytrzyć i oszukać?). Liber czerpie tu z całej ludowej twórczości na temat śmierci. Tych lęków, modłów, upiorów, biesów, ofiar pogańskich, wrzucając to do wielkiego kotła i mieszając na dużym ogniu (jak robił w „Szajbie”).
Śmierć z kosą w swej wędrówce wsiami i polami, po miastach i dworach, staje się wręcz atrakcyjna dla widza. Erotyczna, czasami infantylna, zazwyczaj pełna śmiechu, pogardy dla ludzkiego żywota, „puchu marnego” – po prostu uwodzi. Staje się nawet synonimem rebelii, zabawy, rozpusty – w muzyce, makabrycznym tańcu. Wszystko podlane bystrym „Liberowskim” humorem, niekiedy aż nadto przerysowanym na modłę Monty Pythona, ale zawsze oryginalnym. Dawno nikt tak pięknie nie opowiedział o nikczemności śmierci w polskim teatrze, jak Liber za sprawą swej sztuki. Kolejne spektakle „Krótkiej rozmowy ze Śmiercią”, w marcu. ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Dawid Stube