„Panna Julie”, czyli miłość w szczypcach podziałów klasowych. Premiera u Fredry


Teatr Fredry w Gnieźnie ponownie skupia widzów w małej, intymnej widowni zbudowanej na scenie. To celowy zabieg skrócenia dystansu fizycznego i psychicznego do dramatu odbywającego się na scenie. Walka płci, eksplozja pożądania, a wszystko to „wkomplikowane” w odwieczną „klasowość”. Filip Gieldon, wychowany w Szwecji reżyser, bierze na warsztat szwedzkiego dramaturga i mówi: „sprawdzam”, czy po 130 latach od premiery sztuki sztywne połączenia międzyludzkie się zmieniły.
Sztuka „Panna Julie” szwedzkiego pisarza Augusta Strindberga uważana jest za przełom w dramaturgii. To właśnie ta sztuka miała być nowym punktem startowym na teatralnej osi czasu. Jak mówi wprost sam reżyser wystawianej w Gnieźnie sztuki Filip Gieldon: – W światowej dramaturgii jest czas przed Strindbergiem i czas po nim. Ta wyjątkowość sztuki to bezkompromisowe odarcie dotychczasowego podejścia do teatru z obłudy i szerokiego omijania mówienia wprost. Mówienia tego co się czuje, a o czym się nie mówi – poczucia biedy, bezsilności, klasowości, cielesności, rządzy, poczucia niesprawiedliwości. To właśnie Strindberg zajrzał do trzewi ludzkiego wnętrza i ukazał realność mechanizmów kierujących światem. Od tego czasu ludzkie bolączki, nie do końca zrozumiałe mechanizmy układające ludzki świat, na stałe zagościły w sztuce.
Sama sztuka „Panna Julie” w czasie jej powstania, w dość brutalnej szczerości, ale wówczas odkrywczej, z wyraźnym zakłopotaniem przyglądała się relacjom panującym nie tylko na „pańskim” dworze. Na podziałach społecznych, które zarysowywały się coraz bardziej grubszą kreską. Od czasu feudalnego porządku, tworzenia sfer poddanych i panów w systemach agrarnych, poprzez rodzący się przemysł i kapitalizm, trusty i kartele, po dzisiejsze nagromadzenie obrzydliwie wielkich fortun i skrajne ubóstwo. Wszystko to jest jednym mechanizmem urządzania świata na kształt folwarku i trwa na ziemi od setek lat. Czy rodząc się w społeczeństwie lub rodzinie bez nagromadzonego kapitału, można przejść do klasy wyższej? I co to znaczy klasa wyższa? Każda osoba rodzi się z rozumem, ale nie każda ten rozum potrafi nakarmić mądrością, zarówno wśród biednych i bogatych. Dzisiaj pojawiają się terminy jak „prekariat”, „umowy śmieciowe”, które większej części społeczeństwa nasuwają pytanie: „dlaczego ten świat jest tak urządzony, że mimo starań nie mogę przebić tego szklanego sufitu”? O tym pisał Strindberg 130 lat temu i dziś tak samo ta planeta ma kilka różnych, rozjeżdżających się światów. Stąd jej aktualność i gościna na scenie gnieźnieńskiego teatru. – O ile jeszcze w latach 80. profesor, urzędnik i robotnik mogli spotkać się na klatce schodowej jednego bloku, o tyle dziś, zwłaszcza w dużych miastach, coraz bardziej zamykamy się w gettach, jakimi stają się chronione osiedla. Rzeczywistość, w jakiej funkcjonujemy, paradoksalnie nie różni się więc aż tak bardzo od XIX-wiecznego folwarku, na którym rozgrywa się akcja dramatu – mówi Karolina Kapralska, która przygotowała opracowanie dramaturgiczne sztuki.
Scenografia przygotowana przez Annę Tomczyńską to kuchnia, gdzieś na zapleczu wielkiej posiadłości dworskiej, a przygląda się jej i wzajemnym relacjom trojga aktorów kilkudziesięciu widzów na małej widowni, którzy stają się cichymi podglądaczami dramatu, widzą ten świat pracy, kiedy tuż za ścianą bawią się hucznie „państwo” w czasie Nocy Świętojańskiej. – To celowy zabieg, bo to kameralny dramat opowiadający o intymnych historiach – mówi Maria Spiss, konsultant artystyczny teatru. – Ten bliski kontakt jest tutaj potrzebny, bo w tej większej przestrzeni ta intymność gdzieś by się zatraciła.
Sam podział na ludzi na społeczne klasy nie byłby na tyle ciekawy do przedstawienia, gdyby nie wplątać do tych relacji uczuć – zazdrości, pożądania, miłości, które są takie same i żaden podział nie jest w stanie ich klasyfikować czy stopniować. Emocje, uczucia – to wytwór natury, podział klasowy – to wytwór samych ludzi.
– Trzeba spojrzeć w samą relację, którą pokazywał Strindberg i kiedy się ją przebija na dzisiaj, to ona jest absolutnie żywa i nadal funkcjonuje – mówi Filip Gieldon, reżyser spektaklu. – Mamy mężczyznę i kobietę, dwójkę przeciwników, choć nie jest to zapisane, ale to jest jakaś prawda, choć przykra – ta kobieta musi przegrać pod koniec, bo są inne reguły. Co ja zrobię z kobietami i co kobiety zrobią z mężczyznami, to dziś się już inaczej patrzy, nie mówiąc o tym, że zawsze mogę wykorzystać fizyczną siłę, którą Strindberg wykorzystuje w swym tekście, żeby wygrać. Tak jak czasy dzisiaj się zmieniają, to kto wie co będzie jutro, obawiam się o to i trzeba o tym myśleć. Przez taki np. tekst warto mocno zaatakować te tematy – mówi wychowany w ojczyźnie Strindberga reżyser. Na scenie pojawiają się Michalina Rodak, jako Krystyna i Paweł Dobek (Jean) – aktorzy gnieźnieńskiej sceny oraz gościnnie Matylda Paszczenko (tytułowa Julie), na co dzień aktorka teatru im. Jaracza w Łodzi. Premiera miała miejsce 10 lutego.
ALEKSANDER KARWOWSKI