Shadow

Piramidalny symbol „betonozy”

Mieszkańcy Gniezna obecny kształt niedawno przebudowanego placu przed Teatrem Fredry krytykują od czasu jego powstania. Miał być miejscem spotkań, spędzania wolnego czasu, dyskusji i wydarzeń teatralnych, ale dziś odpycha. Nie ma tu cienia, miejsc do siedzenia i relaksu. Uwagę na tę przestrzeń zwraca Tomasz Dzionek, miejski radny, który swoim happeningiem nagłośnił w kraju problem psucia betonem polskich miast. Z Tomaszem Dzionkiem rozmawia Aleksander Karwowski.
Spotykamy się na rozmowę na placu, który w ocenie wielu jest symbolem „betonozy”. Zaprotestowałeś na tak tworzoną przestrzeń w mieście, poprzez usmażenie tutaj potraw z jajek. Wystarczyło kilkanaście minut, by patelnie w pełnym słońcu położone na metalowych ławkach nabrały temperatury pozwalającej zrobić jajecznicę. Co chciałeś tym udowodnić?
– Czarę goryczy przelało niedawne posiedzenie Komisji Gospodarki Miejskiej i Ochrony Środowiska Rady Miejskiej. Na pytanie co się da zrobić z tym placem, padła odpowiedź, że niewiele. Postanowiłem, że zaprotestuję i zobaczę jaka będzie reakcja. Planowałem taki happening zrobić już rok temu. Efekt jest taki, że w tym upale jajecznica zaczyna się ścinać po 15 minutach.
– Co Tobie się nie podoba w tym placu?
– Lepsze byłoby pytanie: co mi się podoba? Odpowiedziałbym: nic. Ten plac został przebudowany bez żadnych konsultacji społecznych. Do tego już się przyzwyczaiłem niestety, choć się temu sprzeciwiam. Poprzedni skwer miał zieleń, drzewa, kwietniki, ławki. Nie brakowało tu cienia. Nie docierają do mnie argumenty, że pierwotny projekt przebudowy placu był bardziej okazały, lepszy, bo w mojej ocenie i tak był kiepski. Nie brakowało w nim przecież betonu. Piękne wizualizacje z oświetleniem, wodą, dużymi drzewami, to była ściema. Drzewa od frontu zostały wycięte pod budowę betonowej zatoki autobusowej, co zrobiło już miasto, a dosadzone drzewa znalazły się z boku placu. Nie ma tu cienia. Argumenty, że będzie tu atrakcyjny plac zachęcający do spotkań, to kpina. Tu się latem wysiedzieć nie da. Nie ma tu nic przyjaznego. No bo co – patrzenie na beznadziejny beton, beznadziejnie wykończony? To miejsce odpycha i jest obiektem kpin. Gdy miasto odbrukowuje sukcesywnie przestrzeń ciągle pojawiają się komentarze „zróbcie coś z tym placem przed teatrem”. To sól w oku mieszkańców, ale także i w moim. Jednak jest to przestrzeń użyczona teatrowi przez miasto i to teatr musi coś z tym zrobić.
– Twój happening ze smażeniem jajecznicy odbił się głębokim echem w mediach ogólnopolskich. Byłeś na czołówkach portali, gazet, telewizji, które zwróciły uwagę, że problem istnieje.
– Nie spodziewałem się takiej reakcji mediów z kraju. To budujące, że zaczęto o tym szeroko dyskutować. Miałem zamiar to głośno wykrzyczeć, ale nie spodziewałem się, że tak daleko to się poniesie. To tylko pokazuje, że czas o tym rozmawiać i robić takie akcje jak smażenie jajecznicy na rozgrzanej ławce, by przebić się w końcu z tym zagrożeniem do opinii publicznej. Czasami potrzeba takich metod. Oczywiście, zastanawiałem się, czy jako radnemu miejskiemu i radcy prawnemu wypada zrobić taką akcję, ale zdecydowałem się i nie żałuję. Czasami by o rzeczach poważnych porozmawiać, trzeba zrobić rzecz niepoważną.
– Betonowanie przestrzeni publicznej, czyli ta „betonoza”, piecze tak naprawdę latem całą Polskę. Mnożą się przykłady przebudowy w kraju rynków na rozległe betonowe place. Ludzie z nich uciekają. Samorządy mają jeszcze problem ze zrozumieniem, że betonem nie naprawi się przestrzeni do życia?
– W Gnieźnie jest coraz lepiej. To widać. Już są odbrukowywane chodniki, a będzie tego więcej. Ale to betonowanie miasta miało miejsce zaledwie 3-4 lata temu, a przecież odczuwane zmiany klimatyczne i ta nasza rosnąca świadomość przed zagrożeniami już jest w nas od lat. Już wtedy nie powinno się tak betonować inwestycji. Przecież to co projektujemy i tworzymy, ma nam służyć lata. Nie robimy tego tylko dla siebie, ale głównie dla przyszłych pokoleń. Chciałbym móc spojrzeć moim dzieciom w oczy za kilkadziesiąt lat i nie zobaczyć w nich pretensji, co zrobiliśmy z ich miastem i planetą. Że nie da się tu żyć. Przecież wiemy i widzimy to, że będzie jeszcze gorzej z klimatem.
– Czego oczekujesz od osób odpowiedzialnych za to miejsce?
– Po tym, jaka była reakcja mieszkańców Gniezna i osób z całego kraju na mój happening, poszedłem za ciosem i skierowałem wnioski do dyrekcji Teatru im. Aleksandra Fredry, który zarządza placem, ale także do Marszałka Województwa Wielkopolskiego, projektanta przebudowy placu firmy Demiurg, by poznać ich odpowiedzi. Będę rozmawiał z prezydentem miasta, bo nie dopuszczam tego, by oni te pisma zlekceważyli. Jeśli tak, to zlekceważą tych mieszkańców, którym ten plac się nie podoba. Teatr jest dla ludzi, a nie odwrotnie. To przestrzeń miejska, wspólna. Domagam się odbrukowania części placu, by nasadzić tu zieleń, dosadzić drzewa. A co mamy tu dziś? Fontanna nie działa od lat, jest krzywa nawierzchnia, nie działa w części oświetlenie placu, beton piramid kruszeje, są rdzawe zacieki. Mija 5 lat od rozpisania przetargu. To nie może tak wyglądać. To nie jest wizytówka – ani miasta, ani teatru.
– Czy po happeningu ktoś z osób odpowiedzialnych za ten plac kontaktował się z Tobą, by porozmawiać, a być może wypracować jakiś kompromis, stanowisko?
– Nie. Nikt. Oczywiście, na mojego maila dostanę odpowiedź, poprosiłem też o dokumenty inwestycji w ramach dostępu do informacji publicznej, ale jeśli odpowiedź będzie niesatysfakcjonująca, będę działał dalej, a mieszkańcy się o tym dowiedzą.
– Na swoim facebooku postulowałeś też o przywrócenie pomnika patrona teatru – Aleksandra Fredry, który zniknął wraz z przebudową placu.
– To skandaliczne i symboliczne. Fredro jest patronem teatru i polskiej komedii, dziś leży w częściach na paletach tuż obok teatru. W trawie, jak odpad. A była przecież sugestia, że zostanie on ustawiony w godnym miejscu. Jeśli nie pasuje on do tego beznadziejnego placu, to przynajmniej powinien stanąć na teatralnym dziedzińcu, tuż koło wejścia do budynku.