Pisząc o tym, który umiejętnie wymykał się śmierci


W Gnieźnie, 21 kwietnia gościł Jarosław Wróblewski, dziennikarz, znany w środowisku historycznym kustosz pamięci o żołnierzach Armii Krajowej. Jego książka „Zośkowiec” o Henryku Kończykowskim ps. Halicz, żołnierzu batalionu AK „Zośka” w 2014 roku okrzyknięta została „Historyczną Książką Roku”. Wydający w wydawnictwie Fronda autor ceniony jest za dokładną kwerendę historyczną i nowoczesne wydania swoich książek, które wypełnione są licznymi fotografiami i dokumentami. Do Gniezna przybył promować najnowszą książkę „Gryf. *Pałacyk Michla, Żytnia, Wola” o Januszu Brochwicz-Lewińskim ps. Gryf, żołnierzu batalionu „Parasol” w czasie powstania warszawskiego. Z autorem książki tuż przed spotkaniem z czytelnikami w „Czytelni na piętrze” I LO rozmawiał Aleksander Karwowski. *
*Pisząc książkę o „Gryfie” miał Pan okazję współpracować z nim, obcować na co dzień do momentu jego śmierci. Czy w osobistym kontakcie dało się odczuć aurę bohatera, z którym pan rozmawia?*
*- Czytałem o nim w książce Aleksandra Kamińskiego pt. „Zośka i Parasol”. Była to lektura ważna, w której już funkcjonował. Po napisaniu poprzedniej książki („Zośkowiec” – przyp. red.) przyszły do mnie dwie osoby z jego środowiska i powiedziały: „Jarek, chcemy, żebyś napisał o nim książkę, tylko ty możesz to zrobić”. Podjąłem się tego wyzwania, ale nie miałem poczucia, że obcuję z kimś wielkim, z bohaterem, choć wiedziałem, że ma inny status. To było takie ciekawe odczucie, wchodząc do domu widzi się szablę na ścianie, obrazy, zdjęcia, fotografie, statuetki, ordery. Prawdziwa kapsuła czasu. Mogłem go pytać o wszystko.*
*- Udało się od samego początku do niego dotrzeć?*
*- Tak. Ofiarowałem mu na początku moją poprzednią książkę. Po jej lekturze chyba zrozumiał o co mi chodzi, że jest głosem tych ludzi, ale też, że on nas uczy historii poprzez biografie osób, które spotkał w życiu. Odwiedzał go w Wołkowysku major Dobrzański ps. Hubal, do jego szkoły przychodzili ułani, w „Parasolu” spotkał Adama Borysa ps. Pług, którego był podwładnym, także „Ziutka” Szczepańskiego, autora hymnu „Pałacyk Michla”. W obozie po powstaniu spotkał rotmistrza Pileckiego, spotkał też Andersa. Dla nas to postacie pomnikowe, a on o nich mówił tak swobodnie. Mam wrażenie, że on łączy te dwa światy i umie to przekazać. *
*- Książka jest bogata w dokumenty, które z nich zrobiły na Panu największe wrażenie? *
*- Z pewnością legitymacja Armii Krajowej oraz okładka książeczki wojskowej, z której podczas przesłuchania przez NKWD oficer wyrwał środek. On w tej okładce nosił obrazek Bożego Miłosierdzia i to mu towarzyszyło przez całe życie. Dała mu go matka przed wojną i on to nosił w tej okładce, a później w legitymacji oficera wywiadu brytyjskiego. On podkreślał, że ten obrazek go ocalił, a kilkakrotnie, naliczyłem, że około dziesięciu razy, powinien stracić życie. Przecież na niego były zamachy, próby zastrzelenia, otrucia, a jednak żył. Była w tym jakaś tajemnica, którą starałem się wyłapać, ale ona mnie przekroczyła.*
*- Jak wyglądała praca nad książką od strony warsztatu czysto technicznego, czyli np. organizacji spotkań?*
*- Spotykaliśmy się z przerwami. W sumie było kilkanaście spotkań, czasami je przekładaliśmy, bo źle się czuł i starałem się do tego dopasowywać. Jest w pisaniu książek coś takiego, że docierając do dokumentów w Wojskowym Biurze Historycznym natrafiłem na rozkazy, szkice, relacje „Parasola” i dotykałem kartek z podpisami np. „Pługa”. To jest autentyczne przeżycie i pewna nagroda dla tego, który dociera do źródeł, odkrywa ich historię poprzez ich podpisy tworzone kopiowym ołówkiem. Dotarłem do brata „Ziutka” Szczepańskiego i on mi wskazał, że jest pan mający ciekawy pamiętnik żołnierza z „Parasola”. Dotarłem do syna pana Jacka Foppa, już nieżyjącego i on mi to pokazał, zeszyt zapisany maczkiem, który podczas przepływania Wisły zamoknął. Wszystko było zamazane, nie potrafiłem wszystkiego odczytać i cieszę się, bo odnalazłem tam nieznane wiersze „Ziutka”, którymi się podzieliłem. Miałem takie znaki, że robię coś ważnego, że taki „Ziutek” się upomina, że dałem się czemuś prowadzić. *
*- W trakcie przygotowywania i pisania książki jej bohater zmarł. Choć zabrzmi to paradoksalnie, odczuł pan ulgę, że udało się ocalić jego życie na kartach książki, przecież często ci ludzie nie byli opisywani. Brochwicz-Lewiński doczekał się tego u schyłku życia. *
*- Wszystkie rozdziały dawałem mu do autoryzacji, oprócz jednego o „Ziutku”, który miał być dla niego prezentem. Wszystko przeczytał, powiedziałem mu już, że książka idzie do druku, ustaliliśmy datę promocji, czyli 14 lutego w rocznicę powstania Armii Krajowej, a on na początku stycznia zmarł. Mam poczucie, że zrobiliśmy to wspólnie. Nikt mi nie powie, że był taki fajny generał, czemu o nim nikt książki nie napisał. Zrobiłem to najlepiej jak mogłem i mam dzięki temu taki spokój. Oczywiście, musiałem się spieszyć, by rozliczyć dotacje, ale całe szczęście, bo można pisać i pisać w nieskończoność. Pisanie nie jest łatwe, bo można usiąść i nie napisać ani słowa. Zastanawialiśmy się z „Mixerem” Mikołajczykiem, kiedy zrobić to spotkanie z czytelnikami; mówił, że 21 kwietnia są święta wojciechowe w Gnieźnie, ale mówiłem, że za trzy dni jest niedziela Bożego Miłosierdzia, którego obrazek nosił „Gryf”. Zobaczyłem w tym impuls, że coś w tym jest. *
**
**