Shadow

Samotność teatralnej garderoby

Należy zaznaczyć to wprost i na samym początku. Nader rzadko, widzu teatralny, w gnieźnieńskim Fredrze zobaczysz sztukę zbudowaną w klasycznej formie, na której jeszcze tego teatru się (co poniektórzy) uczyliśmy. Scenografia jest czytelna, tworzy zalewie tło zbudowane blisko widza. W centrum uwagi są aktorzy i rozgrywany między nimi dramat. Brak tu zbędnych szumów scenograficznych, brak w zasadzie muzyki. Nic nie rozprasza. Siadasz w fotelu i oddajesz się temu, co za sprawą fabuły, środków przekazu i wyrazu dają ci aktorzy realizując wizję reżysera. W obecnym czasie taki teatr kojarzy się z klasyką, może nawet staromodnością. I słuszna to uwaga, bo sam reżyser – Dan Jemmett umyślnie nawiązał do romantycznego anglikańskiego teatru szekspirowskiego, by w nim opowiedzieć o pewnym dramacie teatru. Jego ulotności, chwilowemu czarowi jakie wywołuje, samotności jego uczestników.
W dyrekcji Teatru Fredry zapraszanie do Gniezna twórców ze świata w ramach Rezydencji Artystycznych przynosi różne efekty jakościowe. Były sztuki lepsze i gorsze, ale zawsze było to inne spojrzenie na zjawisko teatru. Zaproszenie w 2023 roku angielskiego duetu, pracującego także dla renomowanego paryskiego /Comédie/-Française było zabiegiem na pewno śmiałym, który wobec tego pomysłu wzbudzał słuszne zainteresowanie. Nie czas tu na wgłębianie się w portoflio gości, choć jest one znakomite. Dan Jemmett (reżyseria) oraz Dick Bird (scenografia) pracowali już wcześniej w Polsce, w Teatrze Polskim w Warszawie, a sam Jemmett wystawił w naszym kraju jeszcze kilka innych spektakli. Pojawienie się tego duetu właśnie w Gnieźnie, wydawało się pomysłem ambitnym, którego dźwignięcie mogło przerastać organizacyjnie nie tylko sam teatr, co i jego aktorów (jakkolwiek mając wiarę w ich możliwości, co pokazywali nieraz). Sztuka autorstwa Ronalda Harwooda „Garderobiany”, która stała się przyczynkiem do zaproszenia Anglików do Gniezna, jest pochyleniem się nad umierającym, lub w wielu już miejscach zupełnie wymarłym teatrem, któremu przewodziła jednostka silna i utalentowana, trzymająca cały teatr (od administracji po zespół) za twarz. Wybitny aktor, często zarazem dyrektor sceny, był prawdziwym panem – właścicielem całego teatru, kontrolował każdą jego część. Choć Harwood pisał o konserwatywnym teatrze anglikańskim, zanurzonym jak w formalinie w „szekspirowczyźnie”, to i by przykładów takich w Polsce znaleźć – szukać w nieodległej historii długo nie trzeba.
*Teatr jak zachłanny i głodny potwór*
Do głównych ról „Garderobianego” wybrano trójkę dawnych studentów krakowskiej szkoły teatralnej: Rolanda Nowaka (Sir) i gościnnie Piotra Cyrwusa (Norman) oraz Maję Barełkowską (Lady), którzy wychowywali się i kształtowali na teatrze klasycznym. Świetnie się w tej formie odnaleźli, podobnie jak Joanna Żurawska (Madge) i Wojciech Kalinowski (Geoffrey). Sir – apodyktyczny, przebrzmiały, zamknięty w swojej wielkiej roli z zespołu uczynił sobie poddanych, chce ich kontrolować i podporządkowywać. Choć jest na skraju długiej kariery, nie potrafi przyznać się przed samym sobą, że koniec jest blisko. Siłą wymusza lizusostwo, na które chętnie przystaje jego garderobiany Norman. Poza tym nie ma wyboru. Usługiwanie Sirowi to dla Normana całe życie. Poza teatrem nie ma nic. Cierpliwie znosi upokorzenia, żyje życiem swojego aktora, sam się nim do pewnego stopnia stając. Gdy sztuka Król Lear może nie dojść do skutku, sterroryzuje resztę zespołu, a nawet obiecałby mu całe skarby świata, żeby tylko występ doszedł do skutku. Cyrwus w tej roli odnalazł się fenomenalnie. Płakał, zataczał się pijany, śmiał, w oczach miał mord krwisty, był pocieszny, śmieszny, litościwy i błazeński. Tyle tego w jednej roli, w jednym tylko człowieku! Co za warsztat, co za błyskotliwość! I tu pojawia się między wszystkimi bohaterami wspólny mianownik: samotność, bezcelowość, nie spełnienie w tym, w co wkładają całe życie i energię. Jak zauważył jeszcze przed premierą Roland Nowak: „teatr jest potworem, który pożera. Nie zwraca tego, co się mu dało” – odniósł się do własnych przemyśleń. Geoffrey, szeregowy aktor gra „ogony”, a marzy jeszcze o wielkiej roli, nie mając złudzeń, czy ją kiedykolwiek dostanie. Lady wyssana energetycznie przez Sira, traci wątpliwość w sens bycia z takim człowiekiem. Ambitny i gniewny Oxenby (Maciej Hanczewski) nie przebija się przez pogardę głównego bohatera. Śmierć Sira kończy też wielką rolę Normana. Z jednej strony nienawidzi Sira – swojego prześladowcy, z drugiej bez niego nie ma już nic. Zostaje sam w obłędzie zderzenia z końcem i jego życia.
Na uwagę zasługuje tu oprócz bez zarzutu gry aktorskiej, a nawet dotykającej wybitności (Cyrwus), scenografia Birda. Zachwyca pieczołowitość odtworzenia garderoby z czasu bombardowań Londynu w 1942 roku (czas trwania akcji), którego słyszymy odgłosy. Co jakiś czas wyje alarm ostrzegający przed kolejnym nalotem. Na ścianach garderoby Sira wiszą plakaty ostrzegające przed wszędobylskimi szpiegami. Właściwie cała akcja toczy się w miejscu przygotowań do sztuki mistrza oraz w jego przedsionku, w którym nieformalne „negocjacje” za uchem Sira prowadzi Norman. Zaskakująca jest chwilowa zmiana scenografii, gdy przechodzimy z całą akcją za kulisy sceny, nie ruszając się nawet z miejsca. Oto oglądamy Króla Leara z boku, siedząc tuż obok inspicjentki, poznając emocje towarzyszące wejściu na scenę. W prywatnej opinii o gnieźnieńskiej premierze „Garderobianego” nazwałem tę inscenizację swoim neologizmem „Ożyźwienie”, jako połączeniem życia, świeżości i żyzności. To wykonanie było pewnym uśmiechem teatru do mnie, wyczekującego balansu między tym teatrem nowym, pełnym alegorii i odniesień nie zawsze łatwych do interpretacji, a tą klasyką – stawiającą na prostotę formy. Jak skonstatował na konferencji przed premierą Roland Nowak (Sir), pisarze zostawiają po sobie dzieło, które zachwyci następnych, podobnie muzycy czy filmowcy. Aktor w teatrze tylko ten jeden jedyny raz wzruszy człowieka, a ta chwila ulotna zacznie w widzu zanikać z każdym dniem. Potem za lat 5-10 to wspomnienie będzie już pustym obrazem, a nikt po aktorze specjalnie płakać nie będzie. Umrze samotnie. W tym jest tragizm teatru. ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Dawid Stube