Shadow

Sepsa zabiła czterolatka, rodzice obwiniają lekarkę


Nagła śmierć Nikodema z Trzemeszna wstrząsnęła nie tylko jego najbliższymi. Rodzice czterolatka winią za to, co się stało lekarkę, która pełniła w niedzielę, 19 lutego dyżurw Stacja Pomocy Doraźnej przy ul. Wyszyńskiego w Gnieźnie. – Lekarka popełniła błąd w trakcie pierwszej wizyty. Gdyby od razu podano Nikodemowi antybiotyk na pewno by żył – mówi zrozpaczona mama Agnieszka Szczepańska. Z oskarżeniami nie zgadza się Krzysztof Bestwina, dyrektor szpitala w Gnieźnie. – Rozumiem tragedię rodziców. To jest dramat, ale nie można z tego powodu robić dramatu innym ludziom, że ktoś jest winny śmierci dziecka. Rodzice mają prawo domagać się wyjaśnień. Nie dziwię im się, ja sam nie wiem, jak bym się na ich miejscu zachował i im bardzo współczuję – mówi Krzysztof Bestwina, dyrektor ZOZ w Gnieźnie.
Tragedia rozegrała się w niedzielę, 19 lutego. Nikodem nocował u swojej babci. Jeszcze rano był zdrowy. Pierwszym objawem choroby była gorączka. Babcia o tym fakcie szybko poinformowała mamę Nikodema, podała dziecku środek na zbicie gorączki, zrobiła mu zimne okłady. Około godziny 12 dziecko zaczęło wymiotować, na jego ciele, na brzuchu pojawiła się dziwna plamka. Rodzice Nikodema zdecydowali się pojechać z dzieckiem na pogotowie do Gniezna. Załatwili we własnym zakresie transport. – Byliśmy trzeci w kolejce do lekarza. Trzymałam go cały czas na rękach, taki był słaby. Czekaliśmy tam z pół godziny. Były przed nami dwie osoby. Jedna osoba weszła, pani doktorpo niej zrobiła sobie dziesięciominutową przerwę. Czekaliśmy w tej poczekalni. Gdy wreszcie weszliśmy pani doktor kazała Nikodema rozebrać. Pani doktor go zbadała, stwierdziła, że to jest nieżyt żołądkowo-jelitowy – mówi Agnieszka Szczepańska. Chłopczyk na brzuszku miał dziwna plamkę, mówił, że go boli. – Ja się mu pytałam co zrobił, czy się uderzył u babci, czy go pies nie ugryzł. Mówił, że nie. Pani doktor stwierdziła, że to jest od uderzenia, dlatego boli i że wyczuła jakąś grudkę. Dała nam czopiki na gorączkęi stwierdziła, że jak coś się będzie działo, jak będą plamki wychodzić to mam szklanką przyłożyć, czy znikają. Ja tak robiłam mu w domu i nie znikały – mówi mama Nikodema. Babcia Nikodema dodaje, że dziecko zwymiotowało także w poczekalni na pogotowiu do torby foliowej. – Gdyby pani doktor zajrzała w tę torbę i zobaczyła co tam jest, ale nie zrobiła tego – mówi z wyrzutem babcia chłopca. Po powrocie do domu dziecko spało, jednak jego stan nie poprawiał się. Wróciła gorączka, był bardzo słaby, znów wymiotował, na ciele pojawiły się kolejne plamki. Rodzice zdecydowali ponownie zawieźć dziecko na pogotowie. Dyżur pełniła tam jeszcze ta sama lekarka, która tym razem zdecydowała o natychmiastowym przewiezieniu dziecka karetką do szpitala przy ul. św. Jana w Gnieźnie. – Tam się zaczęła akcja ratunkowa. Podano antybiotyki. Nikodem miał jechać do Poznania, ale już nie dojechał, zmarł około pierwszej w nocy – mówi zrozpaczona mama chłopca.
Rodzice Nikodema: Agnieszka Szczepańska i Mateusz Popielarz winą za śmierć ich syna obarczają lekarkę z pogotowia. – Popełniła błąd. Nie rozpoznała sepsy. Już podczas pierwszej wizyty Nikodem nie trzymał się na nogach. Ona widziała, że on nie ma siły stać. A ona kazała mu stać. Mówiła „wstań, przecież muszę cię zbadać”. Syn mówił do mnie „mamo, gdzie mogę się tutaj położyć”, a lekarka ciągle mówiła „no wstań, no wstań, przecież cię muszę zbadać. Jak ja mam cię zbadać, na leżąco”. A on nie miał siły – mówi zrozpaczona mama chłopca. Pani Agnieszka podkreśla, że jej synek dotąd nie chorował. Był pogodnym i wesołym dzieckiem. Rano wstawał, szedł do swojej trzymiesięcznej siostrzyczki, tulił ją i mówił „mamo, już wstałem”. – Teraz nie mam już syna. Ja nie pozwolę, aby ta pani doktor pracowała w tym zawodzie, dlatego, że może kolejno dziecko wykończyć. Jestem pewna, że gdyby podała antybiotyk przy pierwszej wizycie, Nikodem by przeżył – mówi zdecydowanie pani Agnieszka. Dlatego sprawę rodzice Nikodema zgłosili na policję i prokuraturę.Krzysztof Bestwina, dyrektor ZOZ przyznaje, że oskarżenia pod adresem lekarki są bardzo poważne, jednak uważa, że są bezpodstawne. Informuje, że szpital podjął już wewnętrzne dochodzenie. Sprawdzone zostały wszystkie okoliczności tragedii. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że lekarka, która badała chłopca, nie popełniła błędu. D/ziecko zostało dokładnie zbadane przez dyżurującą lekarkę. – Jest to doświadczony lekarz pediatra, który pracuje również na oddziale hematologii w jednym z poznańskich szpitali i potrafi rozpoznać posocznicę. Pani doktor swoją pracę traktuje bardzo odpowiedzialnie. Objawy, z jakimi dziecko trafiło po raz pierwszy na pogotowie nie wskazywały jednoznacznie na wystąpienie sepsy. Ta plamka na ciele dziecka, na którą powołuje się rodzina chłopca nie przypominała tej wstępującej przy sepsie– mówi dyrektor szpitala. K. Bestwina przypomina, że lekarka oprócz zapisania leków poinformowała matkę dziecka, że jeżeli stan nie będzie się poprawiał lub będzie ulegał pogorszeniu należy niezwłocznie zgłosić się do lekarza. Dziecko powtórnie trafiło do Punktu Pomocy Doraźnej około godziny 23. Wówczas diagnoza została natychmiast postawiona i wszczęto odpowiednie procedury. Niestety, bezskutecznie i dziecko zmarło. – Niestety, są takie choroby, które są śmiertelne. Chłopiec zachorował na najbardziej śmiercionośną odmianę sepsy, gdzie ponad niemal sto procent osób ją dotkniętych umiera. Lekarze nie są cudotwórcami, nie każdego są w stanie uratować – mówi K. Bestwina. Dyrektor gnieźnieńskiego ZOZ jeszcze raz podkreśla, że bardzo współczuje rodzicom chłopca i nie odmawia im prawa skorzystania z przysługujących im środków prawnych. Sprawę bada gnieźnieńska prokuratura. /
/RENATA PAŁUCKA/