Śmierdzący problem gminy Kłecko, czyli pytania – gdzie rolnictwo, a gdzie przemysł oraz czy polska wieś będzie skansenem rolnictwa

Smród, skażenie wód gruntowych, a co za tym idzie, także okolicznych jezior, spadek wartości działek – m.in. takie zagrożenia wymieniają mieszkańcy gminy Kłecko protestujący przeciwko budowie fermy trzody chlewnej w Polskiej Wsi. Podczas kolejnego spotkania wzywali oni burmistrza gminy Adama Serwatkę do uniemożliwienia powstania inwestycji. Na spotkanie przybyło ponad 120 mieszkańców, którzy głośno wyrażali swój sprzeciw: „nie dla fermy przemysłowego chowu!”.
Aż 1490 sztuk tuczników w jednym cyklu hodowlanym, 4470 sztuk w ciągu roku – takie parametry ma osiągnąć planowana inwestycja lokalnego rolnika, którą chce ją ulokować w Polskiej Wsi (gmina Kłecko). Gdy informacja o fermie dotarła do mieszkańców gminy, podniósł się rwetes i zawiązał komitet protestacyjny, który domaga się od burmistrza informacji o aktualnym etapie prowadzenia postępowania administracyjnego. Poprzednie spotkanie zaniepokojonych mieszkańców z burmistrzem Adamem Serwatką odbyło się we wrześniu. Na kolejne 1 grudnia otwarto wieczorem Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Kłecku, ponieważ liczba chętnych udziału w spotkaniu mieszkańców przekraczała ponad 120 osób. Jak się okazało, z powodu braku miejsc siedzących za widownię służyły także stoły i podparte ściany. – Niepokoi nas zagrożenie ekologiczne. Polska Wieś jest na terenie zlewni rzeki Małej Wełny, która łączy się z kilkoma jeziorami na terenie kilku powiatów. Druga sprawa to odór z produkcji trzody chlewnej, a trzecia to spadek wartości nieruchomości, nawet o 70 procent – wymienia podstawowe zarzuty pod adresem fermy Krzysztof Jendraszak, który koordynuje lokalny protest. Jak dodaje, głosy mieszkańców nie są przeciwko rozwojowi rolnictwa, wszak gmina jest rolnicza, tylko skali i technologii przedsięwzięcia. – To ma być hodowla rusztowa, która jest produkcją masową i nie ma konkurencyjności do tradycyjnej hodowli. Obiekt dzieli do jezior ok. dwa kilometry, a do sąsiednich zabudowań 300 metrów. To jest bardzo blisko. Tam są nieruchomości, które były prędzej – nie kryje rozgoryczenia. Jak zapewnia K. Jendraszak, inwestor został zaproszony na spotkanie, jednak na nim się nie pojawił. Dyplomatycznie do inwestycji podchodzi Kamila Kozicka, sołtys Polskiej Wsi. – Na spotkanie przyszłam z poczucia obowiązku, bo reprezentuję mieszkańców. Jako człowiek jestem wewnętrznie rozdarta, bo rozumiem młodego inwestora, który chce się w wolnym kraju rozwijać, ale rozumiem też tych, którzy walczą o środowisko – zaznaczała. Na początku spotkania sołtys odczytała list od inwestora, w którym ten zaprotestował przeciwko nazywaniu fermą „budynku inwentarskiego w prywatnym gospodarstwie rolnym”. W treści listu zachęcił także protestujących do zapoznania się z opiniami i raportami jednostek zewnętrznych, dołączonymi do jego wniosku znajdującego się w Urzędzie Gminy Kłecko. – Po rozmowie z nim robi się przykro, bo to młody mężczyzna, który chce się rozwijać, a temat jest niewygodny dla mieszkańców, bo chcemy dbać o środowisko – skomentowała list i swoje spotkanie z inwestorem sołtys.
„To nie rolnictwo, to przemysł” …
Protestujących mieszkańców przyjechał wesprzeć Tomasz Duczmal ze Stowarzyszenia Natura Potrzanowo. Jak mówi, w jego gminie pojawił się podobny pomysł produkcji trzody, ale społeczny upór i siła argumentów przeciwnych inwestycji podziałały i inwestor nie uzyskał zgody. Teraz namawia do podobnych działań mieszkańców gminy i wzywa burmistrza do odwagi. – Powiedzmy to wprost. Jako przewodniczący stowarzyszenia nie jestem przeciwko rolnictwu, ale sprzeciwiamy się traktowaniu przemysłowej hodowli świń jako przedsięwzięcia rolniczego. Wprowadzanie przemysłowej produkcji świń to nie jest rozwój rolnictwa, to jest wprowadzanie brudnego przemysłu do wsi – argumentował i starał się obrazować problem. – Rola takich hodowców ogranicza się do roli najemnych hotelarzy, którzy biorą prosięta z określonych źródeł, biorą paszę z określonych źródeł i przerzucają koszty tej operacji na środowisko i sąsiadów, przez to, że nie ponoszą kosztów oczyszczania tej produkcji – dodał. Jak mówi, inwestorzy takich produkcji wykorzystują lukę prawną i zbierają zyski, a płacą za odpady produkcji sąsiedzi fermy, mieszkańcy gminy, a przede wszystkim środowisko. Apelował także wielokrotnie o niemieszanie pojęć. – Przemysłowa hodowla to nie jest rolnictwo, to jest przemysł biotechnologiczny i on nie ma nic wspólnego z postępem. Taka hodowla może mieć ręce i nogi, gdy jest zamknięta, powietrze filtrowane, a nawóz jest kierowany do szczelnej biogazowni. To kosztowne, a nikt nie inwestuje pieniędzy w takie technologie, gdy skup żywca leci na łeb i szyję – podkreśla.
…kontra: „Nie róbmy z polskiej wsi skansenu”
Zbigniew Stajkowski, członek Zarządu Wielkopolskiej Izby Rolniczej i delegat Gminy Kłecko, jako jeden z dwóch uczestników spotkania bronił pomysłu młodego rolnika, który chce się rozwijać. Jak podkreślał, nie boi się przedstawiać swoich argumentów, choć wie, że może się nimi narazić sąsiadom i kolegom rolnikom. – Nie róbmy z polskiej wsi skansenu. Jak mamy dorównać Unii Europejskiej? Sprawdziłem, ilu było z tej sali zobaczyć w gminie projekt ten inwestycji, jakie tam są założenia. Nie ma merytorycznej dyskusji, jedynie „nie bo nie”. Będę bronił i stawał za rozwojem polskiej wsi, inwestycjami i rolnikami – mówił. Podczas piątkowego spotkania jeszcze tylko Marek Terka, hodowca trzody chlewnej z Charbowa, mówił w podobnym tonie wspierając inwestora. Wystąpienia obu rolników nie spotkały się z aprobatą reszty uczestników spotkania. – Wielkie fermy to nie jest kierunek dla rozwoju polskiego rolnictwa – nie krył przybyły na spotkanie poseł Zbigniew Dolata. – Mamy półtora miliona rolników i dążymy do tego, by rodziny rolnicze miały godziwe warunki bytowania, a konkurencja ze strony takich molochów nie sprzyja temu i trzeba robić wszystko, by rozwijać gospodarstwa małe i średnie. Takie fermy to już jest przemysł – podkreślał. Każdy chętny zabrania głosu w sprawie, dostawał mikrofon i zabierał głos. Krytyka inwestycji była wręcz miażdżąca, a głosy zabierane przez kolejnych mieszkańców okraszane były oklaskami i entuzjazmem. Mieszkańcy mnożyli wątpliwości i pytania, np. czy inwestorowi zapewniona zostanie potrzebna do produkcji woda i jak jej zużycie wpłynie na mieszkańców gminy, bo już w ich ocenie w wodociągu występuje spadek ciśnienia.
„Niech ten rolnik się wycofa”
– To nie jest tak, że jak mieszkamy na wsi to mamy wąchać smród – grzmiał gminny radny Stanisław Borkowski i pytał: – Czy ktoś protestował, jak rolnik budował chlewnię na polskich warunkach, czyli na ściółce? Na co zgromadzeni odpowiedzieli, że nie. Radny odniósł się do fetoru – Panowie, co wy zamierzacie popierać, śmierdzieli takich? To niszczy tradycyjnego polskiego rolnika. Dla mnie to jest koncern. Ja wierzę temu człowiekowi, bo jest katolik i ja też. Wierzę, ale wszystko wskazuje na to, iż to jest koncern. Ilość świni się zgadza na to, co jest w przepisach. Patrząc na to wszystko, my panie burmistrzu, musimy coś zrobić. Nawet kosztem jakiejś inwestycji musimy opracować plan i nie możemy co pół roku stawać tutaj i na ten temat ciągle dyskutować – mówił w nawiązaniu do braku Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego, które określiłyby, co może powstać na danym terenie. To problem wszystkich samorządów, bo MPZP są kosztowne, pracochłonne i wymagają trudnych do rozwiązania protestów i ciągłych konsultacji. Gdyby obszar w Polskiej Wsi miał obowiązujący plan, wydanie lub niewydanie pozwolenia byłoby szybsze. – Będę apelował do tego rolnika, bo ciągle nie chce mi się wierzyć, że to jest inwestor, żeby się wycofał. Żeby przeczytał sobie w internecie, jakie skutki niesie gnojowica w naszym życiu, a szczególnie w życiu dzieci. Chcę, by zrezygnował dla dobra współżycia sąsiedzkiego i to tym bardziej, iż ten rolnik ma już taką małą chlewnię i wszyscy wiemy, jak to wygląda. Mamy prawo do życia w zdrowiu – skończył gorzko. Wtórował mu mieszkaniec Michalczy. – 90 procent mieszkańców mojej wsi jest przeciwko. Jestem na emeryturze, pozostają mi tylko spacery. Czy muszę spacerować w smrodzie? – pytał.
Trwające ponad trzy godziny spotkanie nie przyniosło przełomowych zapewnień ze strony urzędników, którzy z wielką uwagą wsłuchiwali się w głosy mieszkańców oraz cierpliwie objaśniali zawiłości procedury wydawania zgody lub jej braku, na taką inwestycję. – Burmistrz podejmuje decyzję na podstawie merytorycznych dowodów w sprawie – podkreślał Adam Serwatka. – Mieszkańcy mogą być pewni, że jako burmistrz, decyzję podejmuję tylko wtedy, kiedy będą przekonany, że poczyniono wszelkie starania, aby inwestycja została wykonana w sposób optymalny i była jak najmniej uciążliwa dla środowiska – zapewniał burmistrz Kłecka. Jak dodał wraz z urzędnikami trzyma się litery prawa, nie pozostaje obojętnym na głosy mieszkańców. Zachęcił ich do większej aktywności społecznej, ciesząc się zarazem z tak licznego spotkania w sali MGOK. A że ta aktywność społeczna może być skuteczna, przekonali się sami mieszkańcy gminy Kłecko przed rokiem, kiedy po ich protestach inny inwestor zrezygnował z uruchomienia uciążliwej dla środowiska inwestycji. – Głos społeczeństwa jest bardzo ważny, chodzi tu też o sprawę emocjonalną. W tamtym przypadku i tym, inwestor jest mieszkańcem naszej gminy i na pewno nie są mu obojętne emocje jakie towarzyszą tej inwestycji. Wiem, że mieszkańcy domagają się zawsze stanowczego głosu burmistrza, ale jestem urzędnikiem i wiem, że mieszkańcy mają prawo do uwag, ale i inwestor ma prawo do uczciwego rozpatrzenia wniosku. Tamten inwestor wziął do siebie głosy mieszkańców i za to darzę go szacunkiem, że zrezygnował z tej inwestycji – zakończył A. Serwatka.
ALEKSANDER KARWOWSKI