Shadow

„To krzyk rozpaczy” – mówią protestujący gnieźnieńscy restauratorzy i zapowiadają otwarcie swoich lokali mimo rządowego zakazu

Restrykcje rządu uważają za bezprawne i apelują do premiera o odblokowanie ich branży. Jak zapewniają – wielu z nich stoi na skraju bankructwa. Po kolejnych tygodniach zamknięcia lokali gastronomicznych z krajobrazu Gniezna mogą zniknąć lubiane restauracje, hotele i lokale gastronomiczne. Ich właściciele zaprotestowali w miniony poniedziałek na gnieźnieńskim Rynku. „To nasz krzyk rozpaczy” – powiedziała jedna z restauratorek.
Około 40 firm i lokali gastronomicznych z terenu powiatu gnieźnieńskiego wystosowało list protestacyjny do premiera Mateusza Morawieckiego i lokalnych parlamentarzystów, w którym biją na alarm. Trwający już trzy miesiące okres zamknięcia restauracji i pubów zaprowadził ich właścicieli na próg wypłacalności. Mimo obostrzeń starają się nie zwalniać pracowników, ale dalsze funkcjonowanie bez otwarcia lokali na gości staje się niemożliwe. Stąd apel w obronie ich budowanych przez lata firm. Pierwszy argument, który przedstawiają protestujący jako niesprawiedliwy dla nich, to sama podstawa prawna, która zamknęła ich lokale. – Restrykcje są zapisane w rozporządzeniach, a zgodnie z konstytucyjną zasadą wolności działalności gospodarczejmuszą być wdrożone mocą ustawy. Jest to wiedza na poziomie pierwszego roku studiów prawniczych – mówi Tomasz Dzionek, radca prawny wspierający protestujących. – Wiemy, że jest ciężka sytuacja wywołana pandemią, ale tym bardziej należy tworzyć prawo w sposób odpowiedzialny, spójny i logiczny. A tak nie jest – dodaje.
Mimo mroźnego dnia, w poniedziałek, 18 stycznia na Rynku pojawiło się kilkudziesięciu restauratorów i pracowników branży. Przyglądającym się spotkaniu gnieźnianom serwowali gorącą kawę i herbatę tłumacząc swoje postulaty. Mimo zaproszenia przez nich włodarzy lokalnych samorządów, ci nie pojawili się na spotkaniu. Nie zabrakło za to mocnej obstawy policji, która w sile wyższej niż ilość samych osób protestujących, przyglądała się zebraniu informując, że zgromadzenie to jest nielegalne. Całe zajście było też filmowane za pomocą policyjnych kamer, jednak wobec samych restauratorów nie były wykonywane czynności. – Inne gałęzie gospodarki są otwarte, np. sklepy wielkopowierzchniowe, a my dalej jesteśmy zamknięci. Dalej tak nie wytrzymamy. Nasza kondycja spada – mówi restaurator i hotelarz Piotr Sobański. Jak dodaje, państwo nic jego branży nie pomogło. Jak wylicza, dostał tylko ulgę ZUS w wysokości 2080 złotych. – Od trzech miesięcy nie otrzymaliśmy żadnej pomocy, a nie zwolniliśmy ani jednego pracownika. Jesteśmy dumni, że ich mamy, ale jak długo mamy wytrzymać? – rozkłada ręce. – Dzieje się niesprawiedliwość. Zakłady pracy, gdzie pracuje po tysiąc osób – w nich nie ma możliwości zachorowania? W sklepach też? A my jesteśmy jako restauracje miejscem zachorowań? Jesteśmy w stanie zachować reżimy sanepidu i zmniejszyć ilość miejsc w lokalach. Straty mam ogromne. Jestem na granicy wytrzymałości – mówi zrozpaczony restaurator.
Już dłużej nie wytrzymamy – mówią restauratorzy.
– Jesteśmy doprowadzeni pod ścianę – mówi inna restauratorka, Barbara Kędzierska Bajer. – Nie jesteśmy awanturnikami, którzy chcą robić nielegalne spotkania. My chcemy normalnie żyć i funkcjonować – zapewnia. Jak dodaje, pomocy od państwa dla tego sektora gospodarki po prostu nie ma, choć jej firma zatrudnia ponad 20 pracowników. Na wysłane wnioski o pomoc odpowiedzi nie było. – Musimy przetrwać i działać byśmy nie zostali wykupieni przez spółki skarbu państwa, czy też inne podmioty. By nie wykupiono naszych biznesów za 1/5 wartości lub za nasze długi. Ja nie mam już za co spłacać kredytu – dodaje z bezradnością w głosie. Jak wylicza, samo utrzymanie 20 pracowników nawet przy najmniejszej pensji to już 40 tys. złotych miesięcznie kosztów. Tych w miesiącu łącznie ma na ok. 100 tys. zł. Zauważa, że dania na wynos przy takiej ilości podmiotów to zdecydowanie za mało, by się utrzymać. Tort do podziału na takim rynku jak gnieźnieński jest za mały. Społeczna akcja gnieźnian i restauratorów z początku lockdownu, by zamawiać jedzenie na wynos, bardzo pomogła, lecz jej siła już wygasła. Restauratorzy zapowiadają otwarcie swoich lokali 1 lutego i to mimo rządowych zakazów. – Być może nie wszyscy, bo rząd straszy nas konsekwencjami. Mandatów obawiamy się mniej, jednak bardziej kar w postaci braku dalszej pomocy i zwrotu tego, co już się dostało na wiosnę. Dla wielu z nas oznacza to po prostu bankructwo. To dzisiejsze spotkanie na Rynku to nasz krzyk rozpaczy. Chcemy o sobie przypomnieć i wesprzeć też górali. Pokazać całej Polsce, że jesteśmy z nimi i jedziemy na tym samym wózku – mówi Barbara Kędzierska Bajer. Dodaje jeszcze, że to niesprawiedliwe jak została przez państwo potraktowana jej branża. Szczególnie, że restauratorzy są gotowi na wprowadzenie jeszcze większych obostrzeń, których nie ma np. w sklepach spożywczych działających przecież niemal zupełnie normalnie.
– Myślimy, by otworzyć nasz lokal od 1 lutego. Trzeba czymś zdopingować to państwo, by w końcu podjęło jakieś mądre decyzje. Ostatnio „zatowarowaliśmy” się w piątek, a w sobotę nagle powiedziano nam, że nie możemy pracować. To brzydkie potraktowanie nas jak gówniarzy – mówi małżeństwo właścicieli restauracji w Powidzu, Bernadetta i Bogumił Pietruszewscy. Jak dodają, liczą, że takich pism protestacyjnych jak grono firm z powiatu gnieźnieńskiego będzie więcej w całym kraju i to otworzy oczy rządzącym. – Jesteśmy traktowani byle jak – oburzają się. W swojej firmie zatrudniają 15 osób i nikogo nie zwolnili, ale ich rezerwy już się kończą i długo nie wytrzymają. Jak zauważają, ich restauracji jest trudniej żyć z wydawania dań na wynos, bo rynek w Powidzu i okolicy na takie usługi jest praktycznie znikomy.
Jak przyznają restauratorzy i hotelarze, liczą oni na efekt kuli śniegowej, która nabierze siły i rozpędu z każdym takim protestem w kraju. Ma to otworzyć oczy rządzącym na całą tę branżę, która za kilka tygodni może po prostu zniknąć. ALEKSANDER KARWOWSKI