Usłyszeć niemy krzyk. Teatr Fredry o eksterminacji pacjentów „Dziekanki”

W historii zamordowania kilku tysięcy pacjentów szpitala psychiatrycznego w podgnieźnieńskiej wówczas Dziekance, co miało miejsce w ramach „Akcji T4” ciągle jest wiele niewiadomych. Nie znaleziono ofiar. Nagle zniknęło ponad 3500 pacjentów. To jakby „wyparowało” małe miasto, albo odłączono z Gniezna osiedle. Świadomość tej zbrodni, której dokonali w ich mieście niemieccy okupanci, jest wśród gnieźnian ciągle nikła. O pamięć tych ofiar, upominają się od lat naukowcy. Teraz głos zabrał także Teatr Fredry, który w ramach artystycznych rezydencji wystawił „Tiegenhof” (niem. nazwa Dziekanki) i głośno, po raz pierwszy w historii miasta – wycisnął ten bolesny temat publicznie. Gdzie jest granica – także dziś – w wykluczaniu ze społeczeństwa osób chorych?
O perfidnej zbrodni eksterminowania osób chorych psychicznie, która miała miejsce w całej Europie, a boleśnie odczuło ją również Gniezno i szpital w Dziekance wiadomo ciągle za mało. Niemieccy „inżynierowie zabijania” dość skrzętnie zacierali ślady, fałszowali dokumenty, wprowadzali w błąd rodziny i nawet dziś nie można znaleźć ofiar tej tragedii. Wiadomo tylko, że to małe miasteczko bezimiennych ludzi, znajduje się gdzieś pod ziemią w okolicy ok. 30 km od Gniezna. Tyle udało się ustalić określając czas transportów ruchomymi komorami gazowymi, którymi byli wywożeni pacjenci w czasie okupacyjnej rzeczywistości.
W odbudowującej się po wojnie Polsce, temat ten został zepchniętych na margines. Społeczeństwo i władze miały większe potrzeby niż rozliczenie zbrodni na osobach bezimiennych, które latami przebywały za murami ośrodka psychiatrycznego i dla społeczeństwa Gniezna były osobami obcymi, zamkniętymi gdzieś w budynkach na polu w drodze do Poznania. Dla wielu to byli po prostu „oni”. – Sięgamy do historii, o której wszyscy mieszkańcy Gniezna wiedzą, ale o której się mało mówi – opowiada o pomyśle realizacji tego trudnego tematu, Joanna Nowak, dyrektor Teatru Fredry. – Ta historia jest tragiczna i bardzo bolesna, a jednocześnie w sposób naoczny pokazuje, jak w sposób totalitarny niemiecki okupant eksterminował osoby „niepotrzebne”, wykluczone, uznane za niegodne życia. Akcja T4, która podjęto w latach 40. XX wieku, objęła całą Europę, a w jej ramach eksterminowano chorych psychicznie i fizycznie, czyli jednostki niepasujące do społeczeństwa. W Gnieźnie ta bolesna historia jest trochę zapomniana. Nie wiemy dokładnie, gdzie są pochowani zamordowani ludzie, czy jak to dokładnie wyglądało. Zachowały się strzępy dokumentów. Chcemy to odgrzebać, zacząć o tym mówić. Przez to, że ofiarami były osoby niepełnosprawne, jest to temat tabu – zauważa i dodaje jeszcze: – Chcemy też wywołać duchy, przypomnieć tych zapomnianych, bezimiennych ludzi, o których nic nie wiemy, by dali świadectwo. Może to będzie ostrzeżenie dla nas i następnych pokoleń.
Tiegenhof – nieprzepracowana pamięć gnieźnian
„Tiegenhof” to bardzo oszczędna w formie sztuka, która wystawiona została na placu przed teatrem. Z gnieźnieńskim zespołem teatru stworzyły go austriackie twórczynie, które pracowały w Gnieźnie w ramach artystycznych rezydencji. – Jestem zdecydowanie przeciwko stygmatyzacji osób psychicznie chorych. One muszą być w centrum naszej społeczności, a nie w rogu. W czasie niemieckiej okupacji one były odsunięte, traktowane jako niewarte życia – mówi Martina Gredler, austriacka reżyserka. Jak dodaje, po zaproszeniu jej do Gniezna, właśnie temat „Dziekanki” bardzo ją poruszył. – Chodziłam po Gnieźnie i zainteresowałam się „Dziekanką”. Zaczęła mnie interesować historia tego miasta, jego mieszkańcy. Zaczęłam się sama siebie pytać – gdzie są np. Żydzi. Chodząc po „Dziekance” nasuwały się fakty, że tu zamordowano nawet 5000 ludzi i ich nie widać. Ich nie ma – podkreśla.
Ta ujma w świadomości społecznej, że nie ma tych ofiar w ogólnej pamięci, że żyli na uboczu i na uboczu zostały zabite – jest bolesna. -Nasze realizatorki nie bez powodu zainteresowały się tym tematem – zauważa J. Nowak. – W Niemczech i Austrii, czyli krajach które mają solidny bagaż rozliczeń ze swoją przeszłością – młode pokolenia, a nasze artystki są bardzo młode – jest potrzeba mówienia o tym, rozliczenia się z tego. Nie tyle usprawiedliwiania, co ostrzegania, że nigdy więcej. Pamiętajmy o tym. To „nigdy więcej” jest bardziej widoczne wśród młodych Niemców i Austriaków, niż w krajach, z których pochodzili pomordowani. Wśród nich byli Polacy, Niemcy i Żydzi, dlatego sięgnęliśmy do źródeł istnienia tutaj diaspory żydowskiej i szukaliśmy także ofiar wśród tej narodowości. Ofiary były wielonarodowościowe i Niemcy zastosowali tutaj jeden klucz. Nie Polacy, nie Słowianie, tylko ci, którzy nie pasują do tego fantastycznego porządku świata, który miał się narodzić po zwycięstwie Rzeszy. To pokazuje, że każdy – bez względu na narodowość, pochodzenie – może się poczuć napiętnowany i odrzucony przez społeczeństwo, z tego czy innego powodu – opowiada dyrektor.
W każdym z nas jest „szary człowiek”
Aktorzy w roli pacjentów kręcą się po szpitalnych korytarzach. Co chwilę padają świadectwa ich tragedii. Wypowiadane są fragmenty listów do szpitala, gdzie rodziny zamkniętych w zakładzie chorych, pytają o ich los. W nadziei czekają na odpowiedź. Chorych już nie ma. Zniknęli. Mimo to władze szpitala kłamią w korespondencji. Proszą o pieniądze na ich utrzymanie czy pogrzeb.
Scenografia jest ascetyczna jak i sama forma spektaklu. Dominuje bezwolny ruch. Cisza. Aktorzy ubrani są w pewną „dawność”, sepię. – Te kolory sepii w kostiumach wzięły się z naszego przygotowania do podjęcia tematu. Chodząc po mieście zauważyłyśmy, że architektura również jest w takim kolorze. Podobnie dokumenty, zdjęcia i to było jasne, że te kolory nas zainspirują i zostaną użyte – dodaje Anna-Luisa Vieregge, scenografka i autorka kostiumów. Nad wydarzeniem łopoczą na wietrze pożółkłe kartki. Na nich list Piotra Szczęsnego „szarego człowieka”, który w 2017 roku dokonał samospalenia w obronie wolności przed autorytarnymi zapędami władzy. „Od kilku lat choruję na depresję, więc jestem tzw. osobą chorą psychicznie” – napisał. Jego tragiczne świadectwo bezradności, bólu i ostrzeżenia o opamiętanie, tylko na krótko dotykało społeczeństwo. Część politycznych elit wyszydziło ten gest wskazując właśnie na chorobę psychiczną, choć sam autor listu przyznał, że jego choroba to tylko bezsenność, zmniejszenie energii i widzenie świata w bardziej ciemnych barwach. Mimo to funkcjonuje normalnie. Przyznanie się przez niego do choroby, odarło dla wielu jego czyn z godności. „Bo chory psychicznie”. Czy dziś ignorancja w stosunku do osób niepełnosprawnych nie jest wcale dużo mniejsza niż dawniej? Czy nie są takie osoby dalej na uboczu lub są na to ubocze, ten margines spychane? Czy ktoś się o te osoby upomni w ich chorobie, kiedy przyjdzie znowu dzień próby? ALEKSANDER KARWOWSKI