Shadow

Wylać polską żółć. „Szajba” u Fredry

Przepis na „Szajbę”? Do dużego kotła wrzucić lęki, upiory, przywary Polaków i gotować je na dużym ogniu przez ponad dwie godziny. Nowa sztuka w Teatrze Fredry w Gnieźnie Fredry to jazda bez trzymanki, jednak nie po lśniących autostradach, ale po wertepach, chaszczach, błotach tego kraju.
Sztuka „Szajba” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk z 2006 roku zwróciła uwagę świata teatralnego na debiutującą wówczas dramatopisarkę. Tekst oparty na gatunku political fiction zaadaptował m.in. w 2009 roku Jan Klata na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu. Opinie były skrajne – nie tylko ze względu na samą realizację, co tekst tej czarnej komedii. Sikorska-Miszczuk wyciąga trupy z szafy, budzi polskie upiory i obśmiewa je. Po 12 latach „Szajbę” zaktualizowali – sama jej autorka oraz reżyser Marcin Liber, którzy względem pierwotnego tekstu dokonali zmian w obsadzie, wątkach i odniesieniach. Jednak nie ma tego aż tak dużo. – Jest to pewnego rodzaju szaleństwo i szajba, które mnie interesują w historii współczesnej naszego państwa – mówi reżyser Marcin Liber. – To jest temat, który realizuję przez całe moje zawodowe życie. Obracam się wokół takich, a nie innych tematów. W ogóle nie robię spektakli o miłości, a tutaj taki wątek się pojawia i jest szalenie ważny. To romans pomiędzy jedną stroną konfliktu i drugą, między złym i jeszcze gorszym. Między prawicą i jeszcze większą prawicą. Ten podział Polski w niedalekiej przeszłości stał się podziałem nieoczywistym. To podział, który się dokonał poza lewą stroną tego rozbioru mentalnego naszego kraju. Po prostu jest prawica i prawica. To jest zabawne, oczywiście do momentu, kiedy to oglądamy na deskach teatru. Możemy się z tego pośmiać, ale taki krajobraz jest przerażający. Oglądamy to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość, dokąd zmierza nasz kochany kraj – zauważa. Polacy mają problem z poradzeniem sobie z własnymi traumami. Naród cierpiący, zamknięty, smutny, odrzucony, zalękniony. Do garnka nieszczęśliwości wrzuca M. Liber wstyd i traumę, często nieuprawnioną dumę, rozbujane ego. Lądują tam odwiecznie źli Niemcy, ciągle zmuszani do przepraszania (choć nie przeszkadza to kolaborować z Hansem (Michał Opaliński) Dożywotniemu Premierowi Polski (Roland Nowak), ludowość często ocierająca się o kicz, druga wojna światowa, Auschwitz-Birkenau, muzułmanie, pogarda dla kobiet, choć są także oczywistości, jak to, że obecnie do polityki mieszają się często mentalne karły czy typy spod ciemnej gwiazdy. Fabuła w „Szajbie” ma mniejsze znaczenie. Spektakl to gagi, skecze w scenerii otoczonej wysokim płotem z kolcami. – Polska jako więzienie, jako spacerniak. Myślę, że to dość oczywiste, ale ponieważ jest to „Szajba”, więc poczułem że jest przyzwolenie na oczywistość. Brak finezji scenograficznej jest tutaj potrzebny. Finezja była potrzebna w pierwszej „Szajbie”, a tutaj sytuacja się zmieniła, że trzeba grubą krechą to odciąć – wyjaśnia swój zabieg scenograf Mirek Kaczmarek, a M. Liber dodaje: – Historia płotów jest przerażająca, bo one na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat rosną na całym globie. Jest jakiś nadurodzaj płotów i te chwasty wyrosły na tej scenie.
Od paździerza do pokojowego Nobla
Nie ma co się doszukiwać w „Szajbie” głębszych refleksji, to po prostu obnażenie przywar i lęków, z którymi nie radzimy sobie jako naród. Bohaterowie są przerysowani i nieudolni. Mister Ble, czyli Dożywotni Premier Polski, tak bardzo kocha swój kraj, że chce nim rządzić do wyzionięcia ducha, choć ta Polska wcale nie ma na to ochoty. Separatyści, którzy chcą odłączyć Kujawy od Wielkiej Polski są groteskowi i nieporadni. Zasikanie bomby, którą mają dokonać terroru, czy oślepienie jej konstruktora – nie wydają się tutaj niczym dziwnym. Także to, że swoimi separatystycznymi strojami upodobnili się bardziej do chochołów, niż komandosów. Trąci to, jak to zgrabnie ubiera w słowa pisarz Krzysztof Varga – polskim paździerzem. Paździerzowate są strugane świątki duchownych przypominające ogrodowe krasnale, które przyozdabiają blaszane miski upodabniając je do muchomorów (patent z pracowniczych ogródków działkowych). W sztukę wmontowano ludowość – są tutaj góralki i górale, a przez cały spektakl jak duch przygrywa na fujarce Janko Muzykant (Janek Niemczyk), który przeistacza się w Marcela Prousta i w płomiennej mowie pyta widzów – jak jeszcze opiszą jako Polacy swoje cierpienie. Wspaniale zagrały dzieci z Akademii Młodego Muzyka w Gnieźnie pod kierunkiem Natalii Barciszewskiej-Kijak. Śpiewają pieśni góralskie, ale także grają, to raz zamieniając się w muzułmańskie dzieci, karmione grzybkami halucynogennymi przez szahidów z Kujaw do roli męczenników, to w kontrze wysłuchują z uwagą i przejęciem opowieści Malali Yousafzai (Martyna Rozwadowska) – pakistańskiej dziewczyny uhonorowanej Pokojową Nagrodą Nobla, którą postrzelili talibowie. Mimo to, w jej słowach nie ma nienawiści i daje dzieciom mądrą lekcję, podkreślając odpowiedzialną rolę w jej wychowaniu przez rodziców. Celnie pokazuje to, że nikt nie rodzi się terrorystą, dopiero kształtowanie postaw w socjalizacji sprawi, czy będziemy bezwolnymi kukłami w rękach innych i będziemy się wysadzać w Kabulu lub mordować i gwałcić w Łowiczu. – Mam nadzieję, że będziemy się wspólnie śmiać i wspólnie płakać. Teatr jest przestrzenią w której umawiamy się na pewnego rodzaju manipulację i wchodząc do tego teatru wyrażamy zgodę na to, że będziemy oszukiwani, okłamywani, będziemy śmiać się i płakać – wyjaśnia M. Liber. – Sprawdzimy, jak to nasze poczucie humoru przekłada się na poczucie humoru widzów. Szajba jest political fiction, ale jest coraz mniej fiction. To, że tak dużo mówimy o tym, jak ten tekst jest aktualny dzisiaj, to chcę podkreślić, że on nie jest tekstem doraźnym. To znaczy, że to przedstawienie nie będzie nam szeleściło gazetą, niezależnie jakiego rodzaju. Jest w tym jakaś poezja i metafora, jakaś ogólniejsza opowieść, bardziej uniwersalna, o pewnych mechanizmach, które rządzą od wieków gatunkiem ludzkim. To jest istotne. Ten tekst robi się aktualny, albo inaczej aktualny niż dwanaście lat temu – zauważa. Trzeba dodać, że w całej satyrze, wariactwu „Szajby”, nie przekracza się dobrego smaku, linia po której ktoś mógłby poczuć się urażony, nie zostaje dotknięta. Twórcy wychodzą ze słusznego założenia, że do teatru przychodzą głowy otwarte. O pewnych rzeczach trzeba mówić wprost, bo taplanie się w polskim piekiełku odczuwają wszyscy. Każdy widzi winnego tej sytuacji, nikt nie widzi własnych czynów, które do niej prowadzą.
U Fredry jeszcze trochę przestrzeni w gęstniejącej sytuacji polskiego teatru
„Szajba” w reżyserii Libera budzi zainteresowanie, o czym świadczy ilość znanych twarzy polskiego teatru przewijających się w foyer podczas premierowego pokazu 13 stycznia. W czasie wygaszania takich ośrodków teatralnych jak Wrocław i Kraków, w Gnieźnie możliwa jest jeszcze rozmowa o Polsce i Polakach – co podkreślają aktorzy, m.in. z rozmontowanego Teatru Polskiego we Wrocławiu. Goszczenie ich u Fredry i zapewnienie przestrzeni wolności, winduje notowania sceny w górę i stwarza dla niej nowe perspektywy w czasach, kiedy o teatrze mówią ci, którzy najmniej się na nim znają. Zauważa to Sebastian Perdek (Zachar):- To, co się dzieje w teatrze w Polsce jest dziwne i znamienne. Te teatry zaczęły się bardzo zmieniać, zmieniają się dyrekcje, dyrektorzy artystyczni i twórcy, którzy w tych teatrach mogą pracować, tematy jakie są poruszane. Widzimy to w Teatrze Starym w Krakowie, w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Obawiam się, że wiele ośrodków zaczyna zmierzać w innym kierunku i to fajnie, że Gniezno staje się mocnym, artystycznym punktem na mapie polskiego teatru. Kto wie, kto tu za chwilę przyjedzie i będzie chciał pracować, jacy twórcy się pojawią. „Szajba” umacnia konsekwentną próbę znalezienia tożsamości teatru w Gnieźnie, staje się agorą do poważnych rozmów o człowieku, kraju i świecie. – Ta wolność jest ważna, bo bez wolności artystycznej nie ma prawdziwej twórczości, sztuki i teatru – podkreśla Joanna Nowak, dyrektor sceny. – Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy artysta – czy to reżyser, dramaturg, aktor, robi coś na zamówienie w zamkniętych ramach. Dlatego zapraszamy twórców, którzy faktycznie chcą, noszą się z jakimś zamysłem, pielęgnują go przez wiele lat. Marcin i Małgosia mówili, że chcieliby do „Szajby” wrócić już od dawna, tylko nie mieli warunków, możliwości. Żaden teatr ich nie zaprosił, więc chętnie korzystamy z takich okazji. Dajemy ogromną wolność artystą, mamy też do nich ogromne zaufanie, że tej wolności nie nadużyją przeciwko teatrowi. W sztuce wolność jest najważniejsza, a dzieło artystyczne się obroni lub nie. Przez ostatnie kilka lat stwarzamy konsekwentnie miejsce dla różnych wypowiedzi artystycznych, twórców. Nie przywiązujemy się do nazwisk, estetyk twórczych. Chcemy, by tu była platforma do dyskusji o teatrze dla wszystkich wizji rzeczywistości, opisywania tej rzeczywistości, odnoszenia się do niej. Nasza scena będzie zawsze otwarta, bez względu na to, co się będzie działo wokół nas. Będzie otwarta dla artystów z otwartymi głowami, pomysłami twórczymi – mówiła, jakby referując swój manifest w nieciekawych dla polskiego teatru czasach.
„Szajba” Libera to sztuka potrzebna, w zupełnie zwariowanym kostiumie z bijącym brakiem logiki. To ponad dwie godziny rozrywki, śmiechu, ale o gorzkim smaku z możliwością podziwiana wybornego aktorstwa. Nie jest łatwo mówić o sobie samym, a co dopiero oglądać to na scenie. Naród jeszcze nie odchorował traum i nie zanosi się na to, by to miało nastąpić. Przed wejściem do teatru na „Szajbę” mogłaby zawisnąć parafraza z „Boskiej Komedii”: „Porzućcie wszelką logikę, wy, którzy tu wchodzicie”. To śmieszne, ale każdy chyba przyzna, że taki napis mógłby witać cudzoziemców na polskich granicach.
ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. Natalia Kabanow