Każdy spotyka się z własnym Solaris

Duszne pomieszczenie, w bezładzie porozrzucane zużyte puszki po konserwach, stare telewizory z ledwo już święcącymi, półwypalonymi archaicznymi ekranami. Skądś dobiega niepokojący dźwięk, przypominający kosmos, choć nikt nie wie jak kosmos brzmi. Nagle otwierają się drzwi śluzy, w oparach gazów wbiega kosmonauta w skafandrze. Przygląda się tobie nerwowo i pyta: „Gdzie pan jest doktorze Sartorius?”. Tak zaczyna się nowa premiera teatralna u Fredry, w której widzowie zamknięci zostają w stacji kosmicznej, by przyjrzeć się sobie z oddalenia.
Za nami pierwsza w tym sezonie teatralnym premiera na deskach Fredry i to od razu z bardzo ambitnym zadaniem, zmierzenia się z nieprzekładalną na teatr powieścią Stanisława Lema „Solaris”. Klasyka gatunku fantastyki odstrasza wielu reżyserów, a jeszcze mocniej dyrektorów scen, bo bardzo łatwo właśnie na tym tekście polec i zrazić do siebie widzów. Od napisania powieści przez Lema w 1961 roku, na deski teatrów wyłożona została tylko sześciokrotnie (ostatnio u Słowackiego w Krakowie przed rokiem). Fredro to siódma próba w polskim teatrze scenicznym. Do tego reżyserię powierzono autorce młodszego polskiego pokolenia. Przepis na porażkę? Na szczęście nie w tym wypadku. Mądra reżyseria i zaangażowanie zdolnych twórców, pozostawia dobre wrażenie. – To trudne wyzwanie dla nas, jako całej ekipy realizacyjnej. Uruchamiamy, oprócz kreacji aktorskich, scenicznych – cały świat Solaris przez multimedia, wykorzystując przede wszystkim dźwięki, muzykę, odgłosy stacji, a także dźwięki oceanu. Z wielkim zaangażowaniem, w sferze wizualnej, staramy się wykreować Solaris, na ekranach, które symbolizują okna, przez które widać tę planetę. Przez cały spektakl ona jest animowana, na naszych oczach żyje własnym życiem, to przepiękne widowisko estetyczne. Ono rezonuje na grę aktorską, w ten sposób mamy spójną wizję artystyczną – zdradza jeden z asów w rękawie na porwanie widza Elżbieta Depta, reżyserka. To właśnie scenografia, dźwięki, muzyka, wizualizacje, zdjęcia – sprawiają mocne wrażenie przebywania w zamkniętej stacji kosmicznej, z której roztacza się obłędny w formie widok na powieściowy Ocean. Agata Andrusyszyn – Chwastek zbudowała zużyty świat stacji, z pokoikami „upiększonymi” staromodnymi sprzętami, Maciej Szymborski skomponował wybitną oprawę dźwiękową, a multimedialne pastisze kolorystyczne przygotował duet artystyczny vctrl studio. Przejmujące zdjęcia wykonał gnieźnianin Dawid Stube, a głosu w deklamacjach i śpiewie użyczyła Aster Haile. Taki zespół chciałby mieć prawdopodobnie każdy reżyser, by do zadania podejść kompleksowo i uzyskać niezwykle syty finalny efekt. Właśnie o nim mówi Joanna Nowak, dyrektorka teatru. – Kiedy podjęliśmy się zadania reżyserowania tego przedstawienia, jednym z założeń było, jak główny bohater tego spektaklu ma w nim zaistnieć i może zaistnieć tak naprawdę tylko dźwiękiem i plastyczną wizją. Dlatego obecność tego niewidzialnego bohatera, który cały czas jest i cały czas się o nim mówi, jest demiurgiem, siłą sprawczą tego co się na scenie dzieje, on musiał jakoś zaistnieć. Nie mógł zaistnieć tylko w słowach, ale i w fantastycznej wizji dźwiękowej Macieja Szymborskiego. Staramy się ogarnąć większą przestrzeń teatru niż sama scena, więc zaczyna się w foyer, żeby widzowie mieli szanse poczuć, że są na tej stacji kosmicznej i że ona ich wchłania, otacza, obrazem, głosem, śpiewem – obrazuje J. Nowak i nie ma w tych słowach przesady. Wspomniany fragment spektaklu zabiera widzów w orbitalny lot zza zamkniętymi śluzami. Teraz tutaj rozgrywa się batalia z „obcym”, z oceanem, który spowijając planetę Solaris, komunikuje się z naukowcami na stacji, zamieniając ich wspomnienia w realne byty. Ciekawym zabiegiem wykorzystanym przez reżyserkę jest włączenie do sztuki autobiograficznych wątków z życiorysu Lema. – W mojej adaptacji skupiłam się na tym, żeby oprócz samej prozy Solaris, pojawiły się fragmenty z innej powieści Lema „Głos pana”, w której autor nie przyznając się do tego nikomu, przedstawił swoje traumatyczne wspomnienie z czasu okupacji, kiedy cudem uniknął śmierci z rąk nazistów, stojąc pod ścianą palącego się więzienia, z którego cały dzień wynosił zwłoki po eksterminacji mieszkańców Lwowa – wyjaśnia E. Depta. W tym momencie pojawia się pytanie o człowieczeństwo. Bo przecież Ocean, który badają bohaterowie, w istocie jest tylko pretekstem – pretekstem do przyjrzenia się sobie. Człowiek w swojej poznawczości, socjalizacji wchodzi w buty formowane wiekami przez ludzkość. To, jacy jesteśmy, wynika z tego, skąd jesteśmy. Człowiek boi się obcości, jednocześnie swoim rozumem nie ogarnia tego czego nie zna. A jeśli nie zna – ignoruje to. Światopogląd zawęża horyzonty które są przecież bezkresne, jak celnie zauważyła podczas przedpremierowej konferencji prasowej grająca rolę Harey Matylda Paszczenko. – Oni próbują zrozumieć ocean, ale nie próbują zrozumieć siebie – mówi o bohaterach.
– Dla Krisa Kelvina to jest całe spektrum uczuć, myśli o oceanie. Od badacza, który przyjeżdża zafascynowany – tworem, bytem, nie wiadomo, po człowieka, który zostaje ciężko doświadczony. Za to zostaje nagrodzony, choć w jego mniemaniu ukarany. Zderzenie z tą istotą pozostaje dla każdego człowieka niełatwe, bo nie jesteśmy w stanie go ogarnąć myślą, skomunikować się z nim. Postrzegamy go w kategoriach ontologicznych i na tym polega nasza porażka. Nie potrafimy myśleć więcej, niż o jakiejś formie życia, którą znamy. Nie przyjmujemy do głowy, że może istnieć coś, co się rządzi zupełnie innymi prawami. Nie jest ludkiem z większą ilością kończyn i oczu – mówi Mariusz Zaniewski, wcielający się gościnnie w główną rolę Krisa. I tutaj dochodzi do ludzkich problemów w komunikacji, które przewijają się przez całą sztukę. W trakcie rozmów naukowcy słuchają się, ale ma się wrażenie, że siebie nie słyszą, wszak każdy wie swoje, w takiej skali w jakiej mu rozum pozwala. Co podkreślała Elżbieta Depta, spektakl nie mówi wprost czym jest Solaris. To pozostawia interpretacji widza i obrana forma sztuki – faktycznie to umożliwia. Jedno jest pewne – Solaris to coś nieokiełznanego. Czy to Bóg? Tylko od widza zależy, czy nie ogarniając go umysłem będzie się tego bać – a jak bać to i zniszczyć, czy zaakceptuje i będzie z tym żyć w zgodzie. To co nam się wydaje, nie musi koniecznie takie być, ale czy potrafimy to zaakceptować? Być może każdy z nas, musi polecieć na taką stację kosmiczną, by z perspektywy lat świetlnych, przyjrzeć się planecie Ziemia i ludziom ją zamieszkującym i ten test własnej tolerancji na nieznane przeprowadzić na sobie. Taką szansę lotu daje właśnie ten spektakl.
ALEKSANDER KARWOWSKI