Zlękniona Polska na kozetce. Co ty wyciągniesz z trzewi polskości?


„Listopad” – to nie tylko nazwa dramatu Henryk Rzewuskiego. To wyjątkowy dla słowiańszczyzny, dla Polski miesiąc. Zwany przed latami miesiącem smutku i umierania, refleksji, nasycony pogańskim duchem pachnie typowo polską melancholią. Świetne przełożenie dramatu z połowy XIX wieku od maja na deskach sceny gnieźnieńskiego teatru.
Sezon w Teatrze Fredry powoli dobiega końca, a był on nader skupiony na toczącej się w Polsce wojnie, o kształt narodu, jego wymiar. Wojnę prowadzą sami Polacy. Jednemu i drugiemu stronnictwu przyświeca chwalebna idea troski o dobro kraju, ale zmierzają do niego zgoła odmiennymi drogami. Nie jesteśmy wyjątkiem, bo takie bratobójcze wojny toczą się w większości krajów, to jednak w Polsce ma to wymiar często tragiczny, co pokazuje historia. Gdy jedno stronnictwo kopie rowy pod fundamenty zgody narodowej, drugie te rowy dzielące Polaków zasypuje. Pochwycenie dziś w ręce dramatu Henryka Rzewuskiego „Listopad”, wydanego przed 163 laty onieśmiela. Onieśmiela, bo dobitnie pokazuje dwie „polskości” już wówczas, po upadku I Rzeczypospolitej ścierające się i w efekcie doprowadzające do tragedii narodu i osobistych. Polska postępowa, oświecona, którą w spektaklu prezentuje Ludwik Strawiński (w tej roli Karol Kubasiewicz), a tradycyjną, skupioną na tu i teraz, na tej republice sąsiedztwa zlęknionej zmian, którą wyznaje Michał Strawiński (Maciej Hązła). Dwaj bracia po rozstaniu rodziców wychowują się w odmiennych kulturach, systemach wartości. Spotykają się po latach, a ich „dwa światy” wychowania nie są w stanie się spotkać i porozumieć na żadnym polu. Linia podziału jest długo i głęboka, a reperkusje ich sporu ścierają się jak tektoniczne płyty wywołując niebezpieczne fal, które doprowadzają do śmierci ich obu. Choć sam „Listopad” Rzewuski nazywał romansem, bo istotnie jest w nim wątek miłosny, to jednak w wymowie książki jest on marginalny, choć grająca Zosię Michalina Rodak gra wyśmienicie, to ten czuły punkt spektaklu przesuwa się na tragizm tych dwóch dróg którymi Polska powinna pójść. Nie ma między nimi skrzyżowań. To jak autostrada wschód-zachód, dwa kierunki oddzielone energochłonną barierą.
Tytaniczną pracę w napisanie scenariusza i ubranie go w przejmujące, dramaturgiczne szaty wykonała Magda Kupryjanowicz. – Największy problem to była historia dziejąca się w XVIII wieku, skomplikowana opowiada o dwóch stronnictwach, konfederacji barskiej, która dla większości jest dziś mglistym faktem, który może się pamiętać z lekcji szkolnych. Więc od tego staraliśmy się uciec i to uwspółcześnienie nie polega na porównywaniu stronnictw z czasów „stanisławowskich” do obecnego konfliktu politycznego, tylko na rozłamie człowieka, który musi w sobie zmieścić dwie tradycje. Jedna stawia rozum i człowieka w centrum jako tego, który umie podporządkować sobie rzeczywistość społeczną oraz ta druga, związana z religią katolicką, mówiąc, że istnieje wyższy porządek, istnieje jakiś dogmat, rytuał którego trzeba przestrzegać, aby nasza rzeczywistość była dla człowieka akceptowalna – trafnie i obrazowo mówi o kluczu do zrozumienia spektaklu jego scenarzystka. Istotnie, ten dramat człowieka dotyka niemal każdego bohatera spektaklu, a obsada jest tutaj bardzo dobra.
W „Listopadzie” gra aż 14 aktorów, w tym pięciu gościnnie zawitałoz innych scen. Świetna muzyka Teoniki Rożynek jest wirującym niepokojem, tą, Strzygą która wisi cały czas nad spektaklem, wwierca się w umysły bohaterów wpędzając ich w histerię, wywołując ból trzewi, tej busoli w brzuchu odpowiedzialnej za sumienie i działanie. Do tej muzyki porażająco piękny śpiew dodaje Maria Magdalena Kozłowska grająca Medyka, który po zajrzeniu do trzewi polskości uruchamia wir historii i wypuszcza ducha szaleństwa, które opanowuje rodaków. Dotyka zarówno „zfrancuziałego” Ludwika, manierycznego, ubranego frywolnie, nowocześnie, schowanego za okularami pod bujną czupryną włosów, jak i Michała, brodatego człowieka ze wsi, ubranego w dres i kufajkę, dla którego świat to wieś, ewentualnie sejmik powiatowy. – Rzewuski napisał tę powieść z perspektywy wieku XIX, czyli już porozbiorowej Polski, opisując czasy przedrozbiorowe. Jego sposób zajęcia się tym tematem sugerował nieudane powstanie listopadowe, więc pisał kiedy już tej Polski nie było, ale zajmował się stanem chorobowym Rzeczypospolitej trawiącym kraj w czasie panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego – mówi Tomasz Węgorzewski, reżyser spektaklu. – Ta konwencja zostaje przełożona na język konwencjonalny, teatralny w formie inscenizowania leczenia króla na scenie, to jest alegoria – zaznacza, ale asekurancko dodaje – Nie stosowaliśmy wprost „przekładki” na rzeczywistość społeczną i polityczną Polski w tym momencie, ale mamy poczucie, że wywołanie tych figur alegorycznych coś widzowi nasunie, ale to musi wyciągnąć on sam. W spektaklu można doszukać się wielu ciekawych odniesień, świadczących o dogłębnym skupieniu się na temacie omawianego okresu w dziejach kraju przez twórców, m.in. „rozmemłanie” elit, stronnictw politycznych, kiedy książęta nieczuli na tragiczne położenie ojczyzny leżą znudzeni w salonie i bez entuzjazmu, z leniwą muzyką w tle wymieniają liczby zabitych podczas powstania. To „zadżumienie” było jednym z elementów wierzchniego panowania w kraju przez kolejne 123 lata obcych mocarstw. To też obojętność „sytych” dziś, ślepych, skupionych na pomnażaniu dobrobytu. Dwaj bracia ruszają w dwóch różnych stronnictwach, Ludwik z Poniatowskim, Michał z konfederatami barskimi. Ich tragiczny los kończy się równie tragicznie co losy ojczyzny. Na sam koniec żegna widzów obrazek, który można by nazwać „Polaków portret własny” i który mógłby ilustrować jakieś „dzieje Polski w pigułce”. By się mu przyjrzeć zalecam udać się do Teatru Fredry i skonfrontować się osobiście z dziełem twórców. Bo na kozetce u Medyka może każdy z nas z trzewi wyciągnąć coś więcej niż kołtun czy serce przypominające ciało niebieskie.
ALEKSANDER KARWOWSKI
Fot. D. Stube